Kareta — pozbawiona dachu ażurowa makina uranoizowa, o sześciu olbrzymich kołach i sześciu jeszcze większych kołach zamachowych, perpetua mobilia, wirujących nieprzerwanie wysoko ponad jej konstrukcją. Zatrzaskiwano je na dolnych osiach na czas jazdy i przesuwano wzwyż dla zatrzymania ruchu wozu. Z aetheru wykonana była także cała górna część karocy, skomponowana z symetrycznych epicykli uranoizowych wachlarzy, otwierających się i zamykających baldachimów, klaszczących miękko siatek hydoroporowych.
Długa na czterdzieści pusów, szeroka na pusów piętnaście kareta Pierwszego Hyppyresa nie była zatem tak naprawdę ciągniona przez tę parę apoxów — nimi woźnica powodował za pomocą wodzów i ognistego bicza dla zmiany kierunku jazdy, czego już nie sposób było czynić wyłącznie przez manipulację stałymi orbitami wiecznomakin.
Woźnica krzyknął, strzelił batem, konie prychnęły dymem, perpetua mobilia opadły na tryby żelaznych kół ruszyli..
Hierokharis i pan Berbelek siedzieli w środkowej części powozu, przed kratownicami zabezpieczającymi bagaże, a za niższym przedziałem służby, schowanym częściowo pod siedzeniem woźnicy. Podłoga karocy także składała się z twardodrzewnych kratownic, jeno szlachetniej rzeźbionych i tworzących bardziej skomplikowane szkielety. Pan Berbelek obserwował przez nie przemykającą pod nimi coraz szybciej Ziemię. Wkrótce wjechali na spielnik, aetheryczna kość Księżyca zalśniła pod stopami pasażerów.
— Musimy zdążyć przed Dies Solis, Illea chce z tobą pomówić, zanim wyjedzie na urodziny Rakatoszu.
Pan Berbelek uniósł pytająco brew. Hierokharis machnął ręką na południe.
— Nowe miasto, tysiąc stadionów od równika. Księżycowy równik wykreślano na mapach globu wzdłuż linii blasku Ziemi i granicy Odwróconej Strony.
— Midas leży — ile, sześćset stadionów od Labiryntu? — mruknął pan Berbelek. — Szybko.
— Sprzedaliśmy kilka takich karet na Ziemie Gaudata, mają tam wielkie, płaskie pustynie, na których padają nawet najwytrzymalsze zwierzęta. — Hierokharis wskazał ruchem głowy zieloną latarnię na niebie. Południowy, trapezowaty kontynent nie był jeszcze widoczny. — Ale okazało się, że sofistesi mają rację, w tak niskich sferach aether jest zbyt niestabilny, po kilku tygodniach makiny zaczynają się rozpadać, uranoiza wyrywa się na wyższe orbity, każdy żywioł dąży do swej sfery.
— W Herdonie ponoć testowali automatony napędzane aerem o Formie aetherycznej.
Hegemon trzepnął dłonią o udo.
— To już prędzej.
Dotarli pod wschodnie zbocze krateru, zjechali ze spielnika, zataczając szeroki półokrąg, by wjechać na rampę Karuzeli. Woźnica szarpnął za rzeźbioną w smoki i mantikory wajchę i podniósł koła zamachowe karety. Apoxy ciągnęły wóz powoli, podchodząc do krawędzi rampy. Gigantyczna Karuzela, wiecznomakina skonstruowana na długiej na kilka stadionów obręczy białego aetheru, obracała się z gwiazdową powolnością: od dna do szczytu krateru prawie dwie godziny. Ale też właśnie dzięki tej powolności wóz Hegemona mógł bezpiecznie wjechać na jedną z wbudowanych w uranoizową obręcz gesowych platform. Platformy stabilizowały się nieustannie do poziomu, trzeszcząc w zawieszeniu na osiach grubych jak pień baobabu.
Pasażerowie wysiedli z karocy. Pan Berbelek podszedł do poręczy — dno Krateru Midasa już się oddalało, stopniowo zmieniała się perspektywa panoramy zanurzonych w seledynowej poświacie pól, sadów, winnic, gajów. Pan Berbelek uniósł głowę. Wysoko, nad grzbietem zbocza krateru płonęły ognie górnej rampy, symetryczny trójkąt wysunięty z cienia stoku w gwiaździste niebo.
Karuzela skrzypiała i chrobotała, w osi platformy co chwila coś strzelało ostro, klekotały aetheryczne wiry karety, rżały zaniepokojone rumaki pyrowe.
— Co u niej? — spytał Hierokharis, przystanąwszy przy balustradzie obok pana Berbeleka.
— Mhm?
— Nie widzieliśmy się od ponad dwudziestu lat.
Pan Berbelek wyjął z kieszeni kirouffy tytońcówkę, wybrał z namysłem długiego tytońca — po zapałki sięgnąć nie zdążył, hyppyres strzelił palcami, spod paznokci trysnął niebieski ogień.
— Dziękuję. Kiedy ostatnio ją widziałem, miała się całkiem nieźle.
Hierokharis zaśmiał się serdecznie.
— Och, poznałbym choćby po tym sarkazmie jej mężczyzn! Damien do tej pory nie może się zdecydować, czy ją znienawidzić.
— Damien?
— Szard. Może go spotkasz. Ale przeprowadził się ostatnio do Erzu, za Morze Kruków.
Damien Szard, Damien Szard — tak, Aneis pisał o nim w swoich raportach. Poprzedni alexandryjski kochanek Szulimy, który ponoć zginął na okeanosie. Nie zginął na okeanosie.
— Nie posiadał on sławy wielkiego strategosa. — Pan Berbelek dmuchnął, dym zamigotał w przesyconej pyrem atmosferze.
Hierokharis spojrzał dziwnie na Hieronima.
— A co ona właściwie ci powiedziała, esthlos? To, że jesteś strategosem, to dodatkowe szczęście; nie strategosa przecież szukaliśmy.
Pan Berbelek wyprostował się, obrócił do hyppyresa. Był odeń wyższy o ponad tuk.