O godzinie Azji w Dies Solis — a Słońce naprawdę już wstawało nad Księżycem, przegoniwszy go dalece w comiesięcznym wyścigu dokoła Ziemi — kareta minęła Przełęcz Tronową i zjechała na Abazon, centralny płaskowyż zawinięty wzdłuż brzegu Morza Poronnego. Od rozpuszczonego w jego wodach pyru wysokie fale płytkiego morza nabierały w świetle słonecznym barwy bladego różu, w nocy zaś — brudnego, rozgotowanego cukru.
Na Abazonie rozciągał się Labirynt. Dom Pani, pieczęć jej aury, Miasto Harmonii, stolica Księżyca, miejsce początku, gdzie wylądowała po Wygnaniu i skąd jej anthos począł obejmować glob; Czwarty Labirynt. Ziemianie mogli go dostrzec na twarzy Księżyca jako małą trójkątną mozaikę, astronomiczną broszę splecioną z setek geometrycznych linii. Spoglądający przez lunety astrologowie odrysowywali jego kształty z detaliczną precyzją, przez dziesięciolecia spierając się między sobą o solidność owych obserwacji. Labirynt bowiem nie posiadał stałej formy, zmieniał się w czasie; jego Formą była zasada, regularności, nie zaś konkretna postać fizyczna. To już było centrum korony Illei, oś jej morfy, osadzona w kerosie tak mocno i głęboko, że w jakimś sensie sam Labirynt był Illeą — podobnie jak poniekąd były Czarnoksiężnikiem straszne geomorfie gór Uralu.
Labirynt ciągnął się dwadzieścia stadionów wzdłuż brzegu morza i pięćdziesiąt stadionów w głąb lądu — równoramienny trójkąt jasnych świateł i drżącego aetheru. Wjeżdżali weń od północnego zachodu, między szeregami młynów uranoizowych, mielących księżycowe zboża z północnych farm. Tu już musieli zwolnić, woźnica uniósł perpetua mobilia karety, apoxy same ciągnęły aetheryczną konstrukcję. Pan Berbelek rozglądał się po alejach i placach Labiryntu. Jego ściany to zbite masy ognistej roślinności, naturalne formacje skalne, morfunki Ziemi i Ognia; część Labiryntu leży pod powierzchnią Księżyca. Jego ściany to także wielkie, skomplikowane makiny zawieszone na pajęczych perpetua mobilia, świecących na niebie nad Labiryntem w runicznych konstelacjach — ich obroty determinują zmiany konfiguracji Labiryntu. Tak przesuwają się ulice, strumyki przeskakują z koryta do koryta, polany i gaje dynastosowe to wyłaniają się na światło, to pogrążają w cieniu, całe dzielnice to zapadają się pod ziemię, to wypływają ponad Labirynt na spielnikowych szkieletach, wokół pyrowych baobabów zawijają się i rozwijają spirale powietrznych domów, pałace ognistej flory odwracają się tyłem do alei, zmieniają kierunek same aleje.
O tej porze pełno na nich ludzi i wzburzenie kerosu wpływa także na morfy pasażerów otoczonej przez tłum karety. Pierwszy Hyppyres nachyla się ku panu Berbelekowi, lewą ręką ściska go za ramię, prawą wskazuje ponad płomiennymi grzywami apoxów, ku centrum Labiryntu.
Hałas jest zbyt wielki, Hierokharis mówi głośno wprost do ucha pana Berbeleka.
— Potem cię poprowadzę. Nie odstępuj mnie ani na krok, bo się zgubisz. W karecie zostawisz całe odzienie, wszystkie przedmioty noszone na ciele i w ciele. Opróżnisz pęcherz i jelita. Dam ci się napić purynicznego hydoru; jeśli zwymiotujesz przed nią, to lepiej czystą wodą. Na koniec dostaniesz cierń różany. Trzymaj go w dłoni; gdy poczujesz, że tracisz przytomność lub nie możesz myśleć, zaciskaj pięść. Krew jest dozwolona.
— Co powinienem…?
— Nie ma etykiety, nie ma rytuału. Rytuał jest wyryty w kerosie. Zachowasz się, jak będziesz musiał się zachować. Czy sądzisz, że byłbyś w stanie w jakikolwiek sposób ją obrazić?
— Wiem, że nie. Nie jesteśmy ludźmi. Nie posiadamy własnej woli. Rządzi nami ich Forma.
— Wjeżdżamy.
Labiryntu nie otaczają żadne mury obronne, zewnętrzne ni wewnętrzne, nie istnieje granica między miastem zwykłych Księżycan a ogrodami, pałacami i jaskiniami Pani. Nie ma bram, fos, furt, drzwi, łańcuchów, straży. Każdy może wejść. I wyłącznie od jego morfy zależy, jaką wybierze drogę, jaką drogę pomyśleć jest w stanie jego umysł. Tak głęboko więc dotrze przez dzielnice regularnych ogrodów i altan mieszkalnych: na Trzy Rynki, gdzie co godzina ustalane są nowe ceny każdego towaru i z ręki do ręki przechodzą fortuny w aetherze, złocie i tabliczkach illeackich; głębiej, do księżycowych akademei ukrytych w parnych żargajach; jeszcze głębiej, do biur świątynnych, gdzie w tajemnych językach zapomnianych kultów spisywane są nieprzerwanie statystyki całej gospodarki Księżyca; jeszcze głębiej, do sanktuariów ofiarnych, gdzie za symboliczną lub śmiertelną ofiarę Pani lub jej kapłani-teknitesi spełnią lub nie spełnią prośbę ofiarnika; i najgłębiej, do serca Labiryntu, przed oblicze Illei Okrutnej.
— Pani.
— Wstań.
Wstaje.
Trzynaście, czternaście, piętnaście, szesnaście, siedemnaście.
— Liczysz?
— Muszę.
— Chodź. Idzie.
Wysoko na niebie — oświetlona niemal w połowie Ziemia, przesłonięta przez ażurową wiecznomakinę, obracającą się powoli na pochyłej osi ponad samym środkiem Labiryntu.
— Jesteś wyższy.
— Tak.