— Tak, kiedyś. Może wtedy staniemy się tacy jak wy. Mówią, że na dole, na Ziemi ryter to tylko tytuł honorowy, który można sobie kupić, nawet gdy nigdy się nie walczyło i nigdy nie będzie się o nic walczyć; że nawet nie aristokraci sobie te tytuły kupują.
— To prawda.
— Moi rodzice, moi dziadkowie i pradziadkowie, moi kuzyni i siostra, wszyscy to hyppyroi. Nasze morfy są ostre i silne, moglibyśmy żyć sto, sto pięćdziesiąt lat. Tak mówią. Ale nikt nie żyje. Hyppyroi giną w boju.
— Zginiesz.
— Tak. — Odstawiła kielich, ponownie położyła się na kwiatercu, wsuwając ręce pod głowę. — Nie ma cmentarzy. Gdy Forma pęka, pyr zwycięża i przepala nas na popiół, pochłania nas ziemia, tam, gdzie zginęliśmy, pochłania nas Księżyc.
— Rodzinne legendy… — mruknął pan Berbelek. — Tak, jest ci to zapewne przeznaczone. A nie wyobrażałaś sobie nigdy innej przyszłości? Wiesz, dzieci się buntują. Forma przeciw formie: kopia lub odwrotność.
Zaśmiała się.
— Ale to właśnie jest mój bunt!
— Przeciwko czemu? Przeciwko komu?
— Sobie samej. Wyobraziłam się sobie i wybrałam siebie, którą się stałam. Ja. Aurelia Krzos. Bo chcę.
— I koniec.
— Noo, oczywiście jestem ciekawa, jak tam jest. — Wskazała Ziemię zawieszoną nad nimi pośrodku ciemnego nieba. — Myślisz, że mogłabym…? Ale nie po prostu polecieć z wujem tam i z powrotem — tylko swobodnie wędrować po powierzchni, w przebraniu, w miastach, między ludźmi. Esthlos? Czy to jednak nie nazbyt niebezpieczne? Co byście sobie pomyśleli?
— Że jesteś demiurgosem ognia.
— Jestem demiurgosem ognia. Ha!
Naraz pan Berbelek obrócił się na kwiatorcu, nachylił nad Aurelią.
— A chcesz? Co?
— Bo ja tam wrócę. Prędzej czy później. Omixos dawno już ich powiadomił, przyślą po mnie. I jakiekolwiek Pani ma wobec mnie plany… Skoro potrzebuje strategosa… Ja tam wrócę. Z armią lub bez. Więc jak?
Iskry zaczęły strzelać z kącików szeroko otwartych oczu hyppyresa, smugi dymu pojawiły się między jej brązowymi wargami.
— Jako kto?
Teraz on się zaśmiał.
— Nie, dziecko, wcale nie marzę o nocnym całopaleniu, płonące łoża pozostawmy poetom. Jako moja — mój żołnierz.
Usiadła.
— Nie złożę ci przysięgi.
— Czy ja cię proszę o przysięgę?
— Esthlos…
Wyczuwała pułapkę, lecz była zbyt młoda, by ją rozpoznać A najgroźniejsi są właśnie ci, którzy żadnych przysiąg nie potrzebują.
Rozdrapywała w zamyśleniu gorącą ranę. Spoglądając na pana Berbeleka, przekrzywiała głowę, wydymała policzek, unosiła wymorfowaną z czarnego koralu, bezwłosą brew. Znał tę formę.
— Panna Wieczorna czeka na mnie — rzekł. — Wrócę tam, z tobą lub bez ciebie.
Wyciągnął rękę. Energicznym ruchem złapała go za przedramię, uścisnęła.
Skrzywił się z bólu. Płonie, płonie, płonie wszystko.
— Hierokharis, syn Hierokrisa, syna kratisty Illei Kollotropyjskiej, Pani Księżyca, kyrios, kyrios, kyrios, Pierwszy Hyppyres, Ogień na Jej Dłoni, Hegemon Księżyca, do esthłosa Hieronima Berbeleka, Strategosa Europy, w gościnie rytera Omixosa Żarnika, w powitaniu i z darami ziemi, po trzykroć, przybył.
Dźwięk gongu niósł się po gaju, przechodząc długą falą przez ogniste żywopłoty i zawinięte wokół altanowych szkieletów gęstwy żar-powojów. Był szósty dzień pobytu pana Berbeleka na Księżycu, godzina Herdonu (Herdon świecił spod granicy cienia przecinającej Ziemię).
Hierokharis przybył w aetherowej karocy, ciągnionej przez dwójkę apoxów, koni księżycowych o ognistych grzywach i ogonach. Towarzyszyła mu skromna świta: dwoje hyppyroi, sekretarz i tuzin sług. Słudzy przydźwigali od karocy skrzynię z darami. Otworzyli ją przed siedzącym pod wierzbą polany biesiadnej esthlosem Hieronimem Berbelekiem. W skrzyni wirowały aetheryczne majstersztyki księżycowego rzemiosła, płonęły gwiazdowym żarem prześwietne stroje kroju illeicznego.
Pan Berbelek wstał, skłonił głowę. Hierokharis podszedł doń, szeroko uśmiechnięty i równie wylewny w geście i manierze, co wszyscy hyppyroi, ich charaktery ogniste jak ich ciała, gorąca serdeczność lub piekielny gniew; podszedł, uścisnął nadgarstek pana Berbeleka, klepnął go w ramię.
— Esthlos! Musiałem przekonać się na własne oczy, czy tym razem wybrała dobrze!
Pan Berbelek uśmiechnął się powściągliwie. W głowie wybuchnął mu szrapnel tysiąca nowych podejrzeń. „Tym razem”! Nic jednak nie powiedział.
W gaju midajskim planowano od razu wielką ucztę na cześć wnuka Pani, lecz Hierokharis szybko ogłosił, że wyjeżdża, gdy tylko esthlos Berbelek się spakuje. A cóż miał Hieronim do pakowania, cały jego bagaż nadal mieścił się w jednym plecaku — no i w tym kufrze z darami, który służący Hegemona Księżyca zaraz zanieśli z powrotem do karocy. Pożegnania również nie trwały długo, krótkie uściski rąk, z Aurelią Krzos równie krótki, tylko uśmiechnęła się szerzej i jaśniejsze skry strzeliły w jej oczach. Pan Berbelek zasznurował jeszcze kirouffę, zaciągnął mocniej rzemienie pochwy sztyletu, przytknął do nozdrza białą rurkę amuletu, policzył do siedmiu — i opuścił gaj.