Zabiję Żmiję, zabiję ją. Uśmiechnął się pod wąsem, mijając horrornych. Teraz jest moją zwierzyną; nie umknie mi. Powiem mu, że tak czy owak muszę się udać do Alexandrii. Nie może mi zabronić. Nie domyśli się, nie ma prawa się domyśleć. Potem mi podziękuje. A nawet jeśli nie — winienem mu tę przysługę. Mam dług. Manat, Allahu, Ohrmazdo, obdarzcie mnie spokojem i siłą. Zapukał. Stary Porte wpuścił go do środka. Nie było z Berbelekiem Księżycanki. Wraz z kapitanem Ottonem Priinzem i Heinemerle Trept pochylał się nad rozłożonymi atlasami nawigacyjnymi. Trept pisała coś w swoim dzienniku pilota, nawet nie spojrzała na nimroda. Poczuł, że wilgotnieją mu od potu wnętrza dłoni — ale w ich obecności było to normalne.

— Esthlos.

— Pozwól no — skinął nań strategos.

Przeszli pod rufowy wykusz. Rozsunięto drzwi i okna, ciepła poświata zmierzchu wlewała się tędy do kajuty, i gdy stanęli w przejściu, ich cienie zaburzyły porządek światła i półmroku. Ktoś krzyknął na doulosa, by zapalił lampy. Strategos musiał się pochylić, by nie uderzyć głową o framugę, cień wygiął się wdzięcznie.

— Odpływamy? — spytał Ihmet, nie patrząc na Berbeleka, wyglądając na okeanos. Prawą dłoń przesuwał po czarnym herdońskim kaftanie, machinalnie wygładzając niewidoczne zmarszczki i wycierając pot.

— Jeszcze nie, jeszcze kilka tur; oni negocjują także między sobą i warunki wciąż się zmieniają. Mówiłeś komuś o Aurelii?

— Nie, esthlos.

— Ta kampania w ostatecznym rozrachunku wymierzona jest w Skoliodoi i ich mieszkańców, wiesz przecież. Finansuje nas Księżyc. Oni pierwsi ucierpieli. Przeszkadza ci to?

— Ach, więc mam być szczery! Strategos zaśmiał się, klepnął go w ramię. Ihmet posłał mu roztargnione spojrzenie.

— Nie udawałbyś teraz wobec mnie jowialnego przyjaciela, gdybyś naprawdę chciał mej szczerości, esthlos.

— Nie zdradzałbyś się wobec Aurelii, gdybyś naprawdę chciał mi zaszkodzić. Gadaj, nie mam czasu.

— Wypuść mnie. Podróżowałem z tobą, bo chciałem. Nie płacisz mi, nie składałem ci hołdu, nie wiąże mnie słowo.

— Jak mogę cię wypuścić? Nie płacę ci, nie składałeś mi hołdu, nie wiąże cię słowo. Proszę, idź, dokąd chcesz. Czemu pytasz mnie o pozwolenie?

— Gdybym odszedł bez wyjaśnienia…

— Ale jakie właściwie jest to twoje wyjaśnienie? Towarzystwo Aurelii ci obrzydło?

Ihmet zmarszczył brwi, odchrząknął.

— Nie chcę w tym brać udziału. Uważam, że padłeś ofiarą intrygi Illei, esthlos. I źle się to dla ciebie skończy.

— Intrygi mającej na celu…?

— Zemstę na jej wrogach. Może powrót na Ziemię.

— Ach, więc teraz opuścisz mnie w takiej opresji! — zaśmiał się strategos.

Nimrod obnażył zęby, szarpnął głową, palce zakrzywiły mu się w szpony, napięły mięśnie, rozszerzyły nozdrza, zawarczał chrapliwie z głębi gardła.

— Poszczuty! — splunął. — Poszczuty!

Strategos Berbelek przyglądał mu się uważnie, nagle spoważniały. Nadal stał zgarbiony pod wykuszem, teraz jednak zdawało się, iż pochyla się nad sprężonym do dzikiego ataku Persem z jakąś ojcowską troską. Choć przecież był od nimroda wyraźnie młodszy.

— Jeszcze dzisiaj? — mruknął.

— Tak!

— Dokąd?

— Wrócę do Aegiptu. Mam parę spraw nie załatwionych…

— Ach. — Strategos wyjrzał na morze, czerwone w promieniach tonącego Słońca. Kilkaset pusów od „Apostoła” kołysały się na falach dwa galeony. Wskazał je ruchem głowy. — Meuzulekowa „Bruta” wraca dzisiaj do Sali, tam esthlos Anudżabar wsadzi cię na pierwszy statek Kompanii Afrykańskiej do Alexandrii.

— Dziękuję.

— Wstąp po dziesiątym neptunie, dam ci listy do Alitei, Szulimy i Panatakisa.

— Doręczę jak najszybciej, esthlos.

— Nie wątpię.

Przez chwilę stali w milczeniu; nie zostało już nic do powiedzenia. Berbelek machinalnym ruchem strzepnął z kaftana Zajdara płatek zaschłej smoły. Obejrzał się na kapitana i pilota, którzy spoglądali na niego z niecierpliwością. Machnął ręką, by jeszcze poczekali.

— Zawsze mnie to zastanawiało… — zaczął półgłosem. Mhm?

— Że od samego początku, pamiętasz, w Vodenburgu, w cyrku… Dopiero co ją ujrzałeś, a od razu przypomniałeś sobie Hołd Krymski, i pierwsza myśl: zabić, zabić ją.

— Kogo?

— Jesteś nimrodem, wiem, ale przecież nie możesz się tak zachowywać we wszystkich podobnych sytuacjach. No dobrze, miałeś wobec mnie dług wdzięczności. To nadal nie tłumaczy… Długo się nad tym zastanawiałem. Wiesz, że ona startowała w czarnych olimpiadach? Sto Bestii. Taak. Jeśli można w ogóle mówić o jakichś prawach Formy między ludźmi… Ludźmi i zwierzętami… Na przykład w stadzie dzikich psów. Hodowałem kiedyś psy, wiedziałeś? W stadzie psów — może być ich kilka tuzinów, ale wpuść drugiego przywódcę i natychmiast się rozpoznają, morfa obróci się przeciwko morfie, to jak z magnesami, nie ma sposobu, żeby uniknąć owego przyciągania i odpychania. Nie tolerują wzajemnie swojej obecności. Kratistos i kratistos ares i ares, strategos i strategos. Nimrod i nimrod. Forma narzuca wstręt zgoła fizyczny. Pamiętasz, jak zareagowałeś? Wystarczy słowo, gest, spojrzenie. Sam tego nie rozumiesz, ale wiesz, że musisz zaatakować pierwszy. Byłeś kiedyś na Kaftorze?

Перейти на страницу:

Похожие книги