— Często pływałem na trasach do Knossos i Kydonii.

— Jeszcze można tam znaleźć starożytne malunki, figurki z brązu, wygładzone przez czas i dłonie dziesiątek pokoleń wiernych. Obrazy Illei Potnii, gdy chodziła po tamtych wzgórzach, tamtymi gajami, tam płynęła dla niej krew. Przyjrzyj się. Choćby najbardziej topornym wizerunkom. Forma wiele ci powie.

— Zrobię to na pewno, esthlos.

Strategos cofnął się do kajuty, wyprostował, przeciągnął z głośnym stęknięciem.

— Jak to mówiłeś, Ihmet? Że co będziesz robić, porzuciwszy pracę? Praktykować szczęście?

— Taki miałem zamiar.

— Wiesz, czym według Aristotla jest szczęście? Postępowaniem zgodnym z naturą właściwą dla człowieka. Zazdroszczę ludziom, którzy tak dobrze znają swoją naturę. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy.

— Uczynię wszystko w tym celu, esthlos.

— No idź już, idź. Listy po dziesiątym, nie zapomnij. Dam ci szalupę na „Brutę”. Pozdrów ich wszystkich ode mnie. Żegnam.

<p>Ρ</p><p>Reguły kaźni</p>

Pierwsza linia behemotów załamała się pod ogniem pyresider z zewnętrznych szańców. Nad Dołami Zbożowymi powiewała chorągiew Aszawiłły, stuletniego aresa stepów azjatyckich — buchające stamtąd salwy kartaczy haratały cielska behemotów, miażdżąc im kości i rozpruwając czarne serca. Wszystkim — z wyjątkiem Aurelii — oczy łzawiły obficie od dymu pyrosowego, rozsnutego wzdłuż przedpola Kolenicy; szare kłęby przesłaniały mury samego grodu.

Na kolenickim minarecie usadził się był nimrod z dalekonośnym keraunetem i dopóki „Łamichmur” nie zgruzował meczetu, moskiewski myśliwiec zdążył stamtąd ustrzelić kilkunastu Vistulczyków, w tym trzech jeźdźców behemockich. Jeden z morfezoonów wyrwał się wówczas spod kontroli i uciekł spod ognia na północ, za rzekę. Od okolicznych chłopów dochodziły potem wieści o grasującej po kraju bestii z piekła rodem, tratującej wioski i depczącej lasy. Aurelia poprosiła strategosa, by pozwolił jej przyłączyć się do oddziału posłanego dla okiełznania lub ubicia zwierzęcia. Hieronim Berbelek odmówił. Przyrzekła mu głośno, że i tak nie powstrzyma jej od wzięcia udziału w bitwie. Wzruszył ramionami, nawet nie oderwawszy oka od herdońskiego opticum. Aszawiłło właśnie opuścił okopy za zgliszczami Dołów Zbożowych i rzucił się ku wrotom Kolenicy, przedzierając się wraz z ocalałymi około dwudziestoma swymi ludźmi w górę zbocza, ku fosie; poszarpana przez żarłaczny grad gwoździ i kamieni chorągiew aresa — szmata zabarwiona w szarozielone ukośne pasy — łopotała na porannym wietrze, to ginąc, to wyłaniając się spośród tumanów bitewnego kurzu i pyrosowego dymu.

Hieronim Berbelek uniósł nad głowę prawą rękę.

— Teraz! Poszli!

Zagrano podwójną podrywkę. Aurelia zatkała sobie uszy, bębenki jej pękały od wysokiego jęku trąbki: trębacz stał tuż pod szczytem pagórka, na którym rozstawiono dla strategosa ciężkie opticum. Aurelia i bez lunety ogarniała stąd wzrokiem prawie całe przedpole, to znaczy jego część nie zasłoniętą masywem miasta. Widziała ruchy oddziałów jak przesunięcia pionów na taktycznej mapie, linie okopów oblegających i szańców obronnych niczym równoległy ornament na zielonej płaskorzeźbie (wiosna tradycyjnie zalała Vistulię potopem soczystej zieleni, nawet tu, na ziemiach wyjętych spod dotyku Światowidowego anthosu). Trzeci dzień obserwując stąd bitwę, spoglądając z punktu widzenia strategosa — sama czuła się po trosze jak strategos. Choćby teraz: wiedziała, skąd i w jakim kierunku uderzy na sygnał trąbki mazovijska kawaleria, zanim półsetnia jeźdźców w ogóle wyłoniła się na słońce z cienia zachodniego lasku.

Rozciągnięte w dwóch szeregach behemoty rozstąpiły się karnie na boki. (Mieli tych morfezoonów zaledwie czternaście, esthlos Berbelek nie zdołał wypożyczyć więcej z garnizonów południowych — nadto jeden był padł, no a jeden zbiegł). Kawaleria wyskoczyła zza linii garbatych potworów, galopem wzięła stok kolenickiego wzgórza, przesadziła opuszczone szańce i już siedziała na karkach grupki Aszawiłły. Ogień pyresider z murów podążył za jeźdźcami, lecz wiekszość kul pudłowała, a szarża nie straciła tempa, nie zmyliła kierunku (nie miała prawa) i dopadła otwierających się wrót miejskich, zanim na powrót się one zamknęły za ludźmi stepowego aresa.

Również behemoty nie próżnowały: po przepuszczeniu koni bynajmniej nie cofnęły się, lecz — trąbka zawodziła: Naprzód! Naprzód! Naprzód! — lecz potruchtały dostojnie w ślad za nimi; a za behemotami — piechota poderwana z niższych okopów. Szturm podnosił się wzwyż kolenickiego wzgórza jak potrójna fala okeanosowa, każda kolejna wolniejsza, lecz większa od poprzedniej. Aurelia obserwowała to, mimo woli przygryzając wargę i zaciskając pięści, oparta o przedpierśny nasyp, jaki okalał pagórek od północy. Zebrani tu oficerowie i gońcy pokrzykiwali po vistulsku, moskiewsku, gaelicku i grecku i śmiali się chrapliwie. Nad kołnierz skórzanej kurty Księżycanki strzelały pojedyncze iskry. Tylko strategos trwał przy masywnym opticum w milczeniu i bezruchu.

Wtem po raz drugi uniósł prawą rękę.

— Teraz! Na jeden!

Перейти на страницу:

Похожие книги