Strategos przyjął esthle Ignatię na prywatnym śniadaniu. Ponieważ jednak uczestniczyła w nim także Aurelia, z Aszakanidyjką dla zachowania równowagi zasiadł przy stole jej milczący siostrzeniec o induskiej morfie — zaskakujący wybór, jak na powiernika aegipskiego kratistosa. Siedzieli więc naprzeciwko siebie: Aurelia i Indus, Berbelek i Aszakanidyjka. Potrawy podawali okrętowi doulosi pod nadzorem Porte. Otworzono resztę bulajów, wiała ciepła, rześka bryza poranna, zapach morza przegnał cięższe wonie pachnideł i kadzideł. Sama bryza nie była na tyle silna, by rozkołysać „Filipa Apostoła”, lecz w miejscu takiego zgromadzenia demiurgosów i teknitesów morza i wiatru zawsze było niespokojnie, ścierały się fronty, okeanos się burzył — w kapitańskim salonie „Filipa” dzwoniła zastawa, chlupotaly ciecze, kilka krągłych owoców wypadło z misy i potoczyło się po blacie, w ostatniej chwili złapała je Aurelia. To był błąd, ogień strzelił wokół jej ręki błękitną strugąEsthle Ignatia urwała w pół słowa relację z najnowszych plotek alexandryjskich, ledwo przekazawszy Berbelekowi żartobliwe pozdrowienia od Alitei i Szulimy i wspólnych aegipskich znajomych. Zamrugawszy, zapatrzyła się na Aurelię. Aurelia powoli odłożyła owoce i opuściła wzrok. Zarumieniłaby się, gdyby rumieniec nie stanowił dla niej sprzeczności samej w sobie. Zamiast tego zawiązała mocniej humijowy płaszcz i poprawiła fałdy szerokich rękawów.

— Nie gorąco ci w tym futrze, moje dziecko? — zagadnęła ją esthle Ignatia.

Aurelia trzepnęła dłonią o udo, zreflektowała się i wzruszyła ramionami.

Sama esthle Ignatia ubrana była w lekką suknię kaftorską o krótkich rękawach i białym gorsecie ściśniętym pod piersiami; lniana spódnica sięgała podłogi. Esthle była tak piękna, jak należało się tego spodziewać po żywym odbiciu Nabuchodonozora Złotego: lśniąca, miedziana skóra, włosy czarne jak peruka faraonów, klasyczne alexandryjskie piersi o bardzo ciemnych sutkach, twarz o rysach Izydy: królewski nos, wysokie kości policzkowe, jaskółcze brwi… Było to piękno na tyle bliskie ideałom księżycowym, że podziałało także na Aurelię — obraz zrealizowanej doskonałości. Esthle Ignatia nie musiała się dodatkowo wywyższać; poza, ton głosu, gest i mina stanowiły zaledwie naturalne dopełnienie morfy. Wystarczyło na nią spojrzeć — kark sam się giął, wzrok opadał ku ziemi, zasychało w gardle.

Mówili tylko strategos Berbelek i Aszakanidyjka.

— Robota, jak widzę, pali się wam w rękach. Jesteśmy pod wrażeniem twoich ostatnich sukcesów, esthlos, naprawdę. Ruid, Agnazia, Danzig, i to siłami Vistulii, Gotów, Nordlingów, zaiste: Strategos Europy. Kłopot tylko w tym, ze, mhmmm, dziękuję, że Złoty uczestniczył aktywnie w jej Wygnaniu i wie, że ona mu to pamięta.

— Zupełnie nie rozumiem waszego strachu. Na dobrą sprawę to ona powinna się bać i żądać gwarancji: otworzy dla was swoją sferę, odsłoni się na cios — wy wszyscy i ona jedna; takiej koalicji nie było nawet siedemset lat temu.

— Minęło siedemset lat i włada Księżycem. Minęło siedemset lat i co robi? Kupuje sobie na Ziemi armię. Pozyskuje jednego z najzdolniejszych strategosów.

— Nie złożyłem jej hołdu.

— O, doprawdy? To byłoby dla Matki coś nowego. Ależ tak, tak, oczywiście ci wierzę, esthlos. Czyż kochanek Panny Wieczornej musi jeszcze składać hołd samej Okrutnej?

Aurelia wyczuła zmianę w morfie Berbeleka; nie drgnął mu ani jeden mięsień, niemniej zmiana była dla niej oczywista. Oto szczur Nabuchodonozora rzucił Berbelekowi w twarz imię Lakatoi, prawdę o tożsamości esthle Szulimy Amitace. Już nie ma odwrotu — rozstaną się jako sprzymierzeńcy lub wrogowie.

— Odwagę zawsze podziwiam — strategos skłonił głowę przed esthle Ignatią.

— Och, nikt by już nie przyjął twojego zaproszenia, gdybyś mnie teraz zabił albo uwięził — uśmiechnęła się Aszakanidyjka. Skinęła na niewolnika, by dolał jej wody limonowej.

— Zresztą i tak jeden szczur nie byłby wart głowy córki Illei — mruknął Berbelek.

— Otóż to. Zważ jednak, esthlos, że przez dwadzieścia lat Nabuchodonozor nawet jej nie tknął.

— Nie wiedział.

— Wiedział.

— Nie wiedział. No tak, no przecież. Ja ją zdradziłem. Mimowolnie. Przez Bibliotekę. Książka, która nie powinna była istnieć. Podałem im swoje imię. Jakże było tej bibliotekarce — Berenice? Pozwoliłem jej odejść, zdała raport. Mój błąd.

— Nic mi o tym nie wiadomo, esthlos.

— Czy Szulima jeszcze w ogóle żyje?

— Oczywiście. Pomyśl, esthlos. Tylko żywa spełni swą rolę.

— Zakładniczka.

— Oczywiście. Dopóki wojna się nie zakończy i wszyscy nie powrócą na Ziemię, do starego porządku. Wtedy esthle Amitace będzie mogła opuścić Alexandrię. Po cóż Nabuchodonozor miałby sprowadzać na siebie gniew Illei? Szulima odejdzie wolno, nie zdemorfowana.

— Więc taki jest jego warunek.

— Skoliodoi to cierń w boku Aegiptu. Nabuchodonozor oczywiście się przyłączy. Jeśli będzie miał gwarancję bezpieczeństwa i korzyści.

— Omawiał to z innymi kratistosami?

Перейти на страницу:

Похожие книги