— Będziemy się bronić do ostatniej chwili — stwierdził esthlos Neurg, po czym uśmiechnął się szeroko do pana Berbeleka. — A co może dać lepszą gwarancję wolności niż oficjalny związek z Kratistobójcą?

Strategos postukał gorącym cybuchem o kostki dłoni.

— Taaak. Więc jednak. Rumia, prawda?

Książę skinął głową.

— Ona stanowi najlepszą kandydatkę. Oczywiście jeśli z jakiegoś powodu nie przypadnie ci do

— Nie, nie, skąd. Czuję się zaszczycony, naprawdę.

Zapadło milczenie. Książę nie uśmiechał się już. Złożywszy razem palce, przyglądał się zapatrzonemu w płomienie panu Berbelekowi.

— Jesteśmy gotowi na daleko idące koncesje polityczne — rzekł powoli. — Tytuł, powiedzmy, Hegemona Protektora. Jeśli nie chcesz w pałacu, mógłbyś zamieszkać w Ogrodach. Nawet prawo pierwowładztwa dla twojego i Rumii potomstwa, esthlos. O ile nie pójdziesz na tę aetherową wojnę, prawdopodobnie przeżyjesz nas wszystkich. Ostatecznie księstwo byłoby twoje.

— Musicie być naprawdę zdesperowani.

— Dyskutowaliśmy między sobą tę ofertę bardzo długo. Jeśli wybór ogranicza się do kratistosa i kratistobójcy…

— Najważniejsze jest zachowanie różnorodności. Tak.

Pan Berbelek odłożył fajkę, wstał, przeciągnął się. Machnął ryktą, świsnęła, pozostawiając w powietrzu czerwony Powidok. Przeszedł się po saloniku, do drzwi i z powrotem.

Książę Neurg pozostał przy kominku, obserwował strategosa spod rudych brwi.

— Oczywiście nie musisz odpowiadać natychmiast — rzekł. — Będziemy czekać do ostatniej chwili. Jeśli chcesz porozmawiać z Rumią

— Próbuję to sobie wyobrazić — mruczał pan Berbelek. — Rumia, Vodenburg, następne dzieci, tak przez dziesięciolecia, liczymy wpływy do skarbca i budujemy tu Alexandrię północy…

— Jeśli wszystko się szczęśliwie ułoży.

— Taaak.

Pan Berbelek zatrzymał się jeszcze przy drzwiach. Obracając w palcach pyryktę, opuścił wzrok i zapatrzył się na długą chwilę we wściekły żar fenixowych oczu.

Dopiero chrząknięcie księcia otrzeźwiło Kratistobójcę.

— Pomyślałem sobie — rzekł cicho, sięgając klamki — że podług boskiego planu powinieneś, książę, składać tę propozycję nie mnie, lecz Ablowi, mojemu synowi, Ablowi. Dziś widzę jasno, że to tak się powinno było ułożyć: on i Rumia; wróciłby z Afryki już innym człowiekiem, pasowaliby do siebie. Miałbyś proktektorat krwi Kratistobójcy. Tak to było im przeznaczone, taki był Cel, tak się powinno było ułożyć, powinien tu teraz stać obok mnie. Ale po drodze coś się rozdarło w osnowie Losu, przypadek, który zburzył konieczną przyszłość, drobnostka, która zaprzeczyła kismetowi… Czy jednak ja mogłem mu zabronić? Czy mogłem go osłonić od ryzyka, za niego wygrać życie? Rumia poślubiłaby wyłącznie aristokratę silnej Formy, silniejszej niż jej. Pozostaje więc bezradna mądrość… Tak to jest z ojcami i synami. Dobranoc, książę.

* * *

— Ajch, ajch, przepraszam, myślałem, że jesteś u siebie, nie chciałem cię obudzić, ci strażnicy narobili rabanu.

— Nie śpię, wstałem przed świtem. Właź, Kriston. Zresztą — ja jestem u siebie!

— Horrorni. Na dole i na schodach… Teraz tutaj mieszkasz?

— Ano.

Esthlos Njute zamknął za sobą drzwi i podszedł do szeroko otwartego okna.

— Zimno — mruknął. — Dopiero co przyjechałem z Burdigali, nie wiedziałem, że tak szybko wróciłeś do Vodenburga. W Burdigali leży już śnieg. Właściwie dlaczego się tu przeniosłeś? — Machnął ręką, ogarniając gestem apartament, jego nagie ściany i podłogę z czarnej prośniny.

Znajdowali się bowiem na piętrze starego bakhauzu, od roku nie wykorzystywanego przez NIB. Dom Kupiecki Njute, Ikita te Berbelek po zawarciu długoterminowych umów z kupcami księżycowymi i oroneiowymi wydzierżawił w całości Południowe Doki, zapewniając sobie wszystką przestrzeń magazynową, jakiej będzie kiedykolwiek w Vodenburgu potrzebował; w istocie obecnie zarabiał także na podnajmie tych bakhauzów. NIB posiadał wszakże również kilka bakhauzów w górnym porcie. Część z nich sprzedano, część oddano w najem, a ten tu budynek ryter Njute postanowił przerobić na prywatne hospicjum Domu. Nie była to wszakże sprawa priorytetowa i zakończono na razie tylko remont pomieszczeń frontowych, piętro zaś pozostawało zupełnie nieumeblowane. Pan Berbelek polecił przenieść tu rzeczy z kamienicy, nadal jednak pokoje nie sprawiały wrażenia przytulnego mieszkania. Nie pomagały też otwarte na oścież okna, przez które wpadał zimny wiatr znad zatoki; wiatr, skrzeki mew, zapach soli i smoły, pokrzykiwania marynarzy i robotników portowych. Kratistobójca siedział przy dosuniętym do ściany sekretarzyku, z prawym łokciem opartym na parapecie, i popijając qahwę, przeglądał jakieś pomięte papiery. Był w jednej z tych swoich białych afrykańskich szat, ryter jeruzalemski nie orientował się za dobrze w formach południowego odzienia.

Przysiadłszy na stołku obok, zajrzał panu Becbelekowi przez ramię.

— Po jakiemu to? Greka? Nie greka.

— Czy byłbyś tak uprzejmy… Dziękuję.

— Przepraszam. Słuchaj, jeśli masz chwilę czasu…

— Tak?

— Właściwie zamierzałem pisać do ciebie, i tak musielibyśmy pogadać. Gdzie trzymasz dokumenty Domu? Zostawiłeś w kamienicy?

Перейти на страницу:

Похожие книги