Mgła gęstniała, lecz widział już przez okienka powozu wysokie cienie budynków należących do kompleksu książęcego, konie zwolniły, wspinając się na strome wzgórze; zbliżali się do pałacu Grzegorza Ponurego. Pan Berbelek wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza zaproszenie skreślone na cielęcym pergaminie własną ręką księcia. Wczoraj, przesłane z pocztą z majątku w Ostrogu, przyszło do Vodenburga inne zaproszenie: do Alexandrii, na uroczystość nadania imienia nowo narodzonej wnuczce esthlosa Hieronima Berbeleka — córce Hypatii XV i Namiestnika Górnego AegiptuPan Berbelek nie był obecny, gdy przyszła ona na świat (na ów dzień zwołał był w Czwartym Labiryncie radę astromekaników), odwiedził natomiast Alexandrię pół roku temu, w czas uroczystych zaślubin i wyniesienia Alitei. Nabuchodonozor Złoty, który osłabł już tak, że jego anthos sięgał zaledwie dwieście stadionów poza granice Alexandrii, nie mógł odmówić i po raz pierwszy od przeszło trzech wieków opuścił swą wieżę w Menout, by pobłogosławić nowej Hypatii. Było to dla niego ostateczne upokorzenie i symbol klęski: siedzieć przy jednym stole z Kratistobójcą, naprzeciw człowieka z krwią Potęgi na dłoniach. Ryciny z uroczystości ślubnej obiegły potem świat, pan Berbelek widział ów obraz w gazetach Europy, Herdonu, Ziemi Gaudata: kratistos i kratistobójcą, obaj wznoszący toast na cześć młodej pary, żaden z nich jednak nie patrzy na nowożeńców, wzrok mają utkwiony w sobie nawzajem. Alitea natomiast uśmiechała się promiennie, tym swoim dziecięcym uśmiechem, potrafiła, jeśli chciała, miała ten uśmiech w arsenale. Portretowano ją w czerwonej spódnicy aegipskiej, stojącą między pochyłymi pylonami, z bukietem zbożowym w lewej dłoni i kostką pitagorejską w prawej, nadal izydowo uśmiechniętą. Pan Berbelek pamiętał zupełnie inny wyraz jej twarzy, z jakim uklękła przed nim kilka miesięcy wcześniej, razem ze świeżo wykurowanym Dawidem. Zaszli Hieronima w najdalszym kącie perystylu alexandryjskiego pałacu, zjadł właśnie śniadanie w cieniu wodnej palmy, nad Mareotem wstawał purpurowy świt; odwrócił wzrok od zorzy poranka i oni już tu klęczeli, nie mógł umknąć spod tej Formy. Alitea wiedziała, w jakim nastroju wrócił właśnie z Pergamonu od Szulimy, pan Berbelek nie zdziwiłby się, gdyby Szulima wysłała zaraz do Alitei stosowny list. — Ojcze. — Wstańcież, no co wy wyprawiacie! — Prosimy cię o błogosławieństwo, kyrios. — Alitea, wiesz dobrze, że nie będę ci się sprzeciwiał, to twoje życie. — Sprzeciwiałeś się i sprzeciwiasz. Nie chcę, żeby coś mu się stało. Dasz mi słowo. — Wściekł się wtedy. — Precz! Precz mi z oczu! — Monszebe się poderwał, ale złapała go za ramię. Zostali na kolanach. — Ojcze. — Co ty sobie wyobrażasz, że kim ja jestem, że naślę morderców na męża własnej córki? — Nie oczywiście, że nie. Ale też czy Szulima namawiała nas ku sobie? Przecież wiesz. Co zeswatane przez Pannę Wieczorną, to spełnia się w miłości. A pod morfą strategosa spełniają się plany, których on sam nawet jeszcze do końca nie pomyślał. Ktoś dostrzeże grymas na twej twarzy i zechce ci się przypodobać… Dawid już raz ledwo uszedł śmierci z rąk twojego wasala. Pobłogosławisz nam, kyrios. Szczerze. Noszę jego dziecko. Muszę uwierzyć, że w głębi serca życzysz nam szczęścia. — Do dziś nie miał pojęcia, po czym mianowicie ona miała to poznać; sam nie wiedział, czy cieszył się z ich radości, czy pogardzał za przewrotność Szulimy. Wszystkie ryciny z wesela przedstawiały beznamiętną, surową twarz Kratistobójcy.
Zazgrzytały żelazne wrota, powóz wjechał na dziedziniec pałacu. Światła z dziesiątek wysokich okien i zewnętrznych lamp pyrokijnych przebiły się w końcu przez fale mgły. Horrorni zeskoczyli na ziemię, od marmurowych schodów podbiegli służący w czarnoczerwonych liberiach. Gdy otworzono drzwiczki i przysunięto likotowe schodki, w mieście poniżej dzwony świątynne poczęły wybijać godzinę dziesiątą; dźwięk dochodził niski, stłumiony, przeżarty przez ciemną wilgoć. Kolejna vodenburska noc mgły i kamienia.
Pan Berbelek wykrzywił się ironicznie do swego odbicia w złotym zwierciadle, przełożył do lewej dłoni pyryktę, poprawił mankiety białej koszuli i czarnego kaftana, policzył w myśli do czterech, po czym wszedł do Sali Dziadów.
Neurgowie ukłonili się wraz, niczym objęci jedną morfą. Skinął im uprzejmie pyryktą. Żaden herold ni odźwierny go nie zapowiedział; pan Berbelek był już z tych, których nadejście ogłasza się jeno głuchym uderzeniem, nagłą ciszą, zaraźliwym szeptem. Znał ten szept, to była przecież jego korona, jego czarny anthos: „Kratistobójca, Kratistobójca, Kratistobójca”.
— Esthlos.
— Esthlos.