— Pamiętasz, ile zarobiliśmy na monopolu herdonskim? A tutaj otwiera się okazja tysiąc razy większa: Księżyc. Księżyc, wszystkie jego skarby, cała gospodarka i cały rynek księżycowy, kilkadziesiąt milionów dusz, policzyliśmy, popatrz. Po pierwsze: ustanowić bezpośrednią wymianę handlową. My posiadamy wielką przewagę, lata przemytu, przecież większość szła przez NIB. Nie możemy utracić tej pozycji! Więc, po drugie: niech Neurg pozwoli kanclerzowi otworzyć księstwo dla Księżycan. Na murach portowych postawimy maszty dla łodzi księżycowych. Ale, zauważ, obecnie oni kontrolują przewóz w stu procentach, wszystkie aerostaty zdolne dosięgnąć Księżyca należą do nich: te ich makiny aetheryczne… Więc, po trzecie: musimy zacząć budować własną flotę aetheru. Konsultowałem się z sofistesami Akademei Vodenburskiej. Twierdzą, że to jest niewykonalne w sferach ziemskich. Toteż na początek trzeba by wznieść gród na orbicie, w sferze pyru i aetheru, tu masz wstępny projekt, ten budżet to prowizorka, musimy pogadać wpierw z Księżycanami. Ach, właśnie, gdzie ta, jakże jej, Panna Popielna, ta łysa czarnula, co wszędzie za tobą chodziła?
— Musiała wrócić na Księżyc. Widzisz, Kristoff, oni nie mogą zbyt długo przebywać na Ziemi. To samo dotyczy wszelkich aetherycznych makin. Każdy żywioł dąży do swojej sfery. Uranoiza wyrywa się tu z epicykli. Łodzie księżycowe muszą się od nowa dostrajać po każdej dłuższej wizycie w sferach ziemskich. Przemnóż ten budżet przez dwa. Zaraz, pokaż — my naprawdę dysponujemy takim kapitałem?
— W każdej chwili możemy dysponować. — Kristoff wyszczerzył się do pana Berbeleka. — Przejdziesz się po bankach, po domach aristokratycznych — kto odmówi Kratistobójcy? A potem będą ci wdzięczni.
— Ach, więc tak to ma wyglądać…!
— No co! — obruszył się esthlos Njute. — Nie powiesz chyba, że proponuję ci złe warunki. Tu masz dwudziestoletnią prognozę zysków. Widzisz to? Twój udział. Jak dobrze pójdzie, zostaniemy, obok kratistosów, królów i starych aristokratów, najbogatszymi ludźmi w Europie!
— Bogactwo, no tak.
— Tylko mi nie wyjeżdżaj z morałami! Pamiętam jak kilkanaście lat temu mi dziękowałeś, że nauczyłem cię chciwości.
— Ale to było kilkanaście lat temu.
— Więc co? — wściekł się Kristoff. — Nagle mi mówisz, że pieniądze już cię nie obchodzą?!
Kratistobójca uderzył otwartą dłonią o blat sekretarzyka i esthlos Njute zamilkł, cofnął ręce, skulił się na zydlu.
— Uspokój się — rzekł cicho pan Berbelek. — Żadnej decyzji jeszcze nie podjąłem. Widzę, że jakiś nasz statek wchodzi do portu; idź, tym się zajmij. Zostaw mi papiery. Widzimy się wieczorem u Oriflamme’ów.
— Tak. Dobrze. Przepraszam.
Esthlos Njute wyszedł, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
Pan Berbelek próbował jeszcze przez chwilę czytać list od Aurelii, wrócił nawet do listu od Janny, który dotarł doń opóźniony o miesiąc, bo też szedł przez Ostróg (Janna w tym liście nadal nie chciała podać powodu, dla którego tak nagle zdecydowała się hodować bezgłowce w Ziemi Gaudata) — ale to nie miało sensu, tylko się prześlizgiwał wzrokiem po literach.
Myśli same skręcały ku politycznym łamigłówkom, tym rozgrywkom międzykratistosowym, w które się ostatnio coraz mocniej angażował, formował się już bowiem zarys możliwej koalicji, pustka po Czarnoksiężniku musiała zostać wypełniona, a Kratistobójca pomagał wykreślić nową mapę kerosu i wojna z adynatosami stanowiła w tych negocjacjach jedną z kart przetargowych — ci, co przyrzekli wspomożenie Illei jeszcze przed upadkiem Czarnoksiężnika, posiadali teraz lepsze pozycje. Nagle okazało się, że opłaca się być sojusznikiem Księżycowej Wiedzmy, opłaca się pozyskać przychylność Kratistobójcy… Myśli biegły ku aetherycznej flocie wojennej, zbieranej na orbicie Księżyca, ku zastępom hyppyroi, ku Aurelii, Omixosowi i Hierokharisowi, ku Pani…
Oczywiście wiedział, że człowiek rozsądny wybrałby propozycję księcia lub propozycję Kristoffa, lub jedną z tysiąca innych bezpiecznych alternatyw — i tak powinien postąpić pan Berbelek.
Ale — no pomyśl tylko, Hieronimie — ty, który stwarzałeś państwa, koronowałeś królów, zdruzgotałeś imperium Czarnoksiężnika, ty, z krwią kratistosa na rękach, przed którym drżą Potęgi — jakiż Cel teraz przed tobą? Spokojne, szczęśliwe życie aristokraty w tym kupieckim kraiku, ognistowłose dziatki, rządy w zabawkowym księstwie? A może bogactwo, złoto, jeszcze więcej złota, handel, handel, handel — atramentowe bitwy między kolumnami cyfr?
Kristoff podarował mu kiedyś księgę pism kristjańskich: po większej części nudna historia Żydów i bełkot religijny. Lecz żadna księga nie jest zupełnie pozbawiona mądrości:
Nawet starożytni Żydzi znali prawa Formy. Nie można skłamać samego siebie.