— Sieć.

— Albo rozżarzone żelazo do piętnowania bydła i szaleńców.

— O.

— Przepraszam.

— Nie, dzięki. Nalać ci? Rozgrzejesz się. Masz.

— Kkkch! Uch. Mogę spytać… wróżysz z gwiazd, esthlos?

— Pewnie nie uwierzysz, jak ci rzeknę, że na tym polega uprawianie polityki.

— Esthlos…

— Taak. Więc powiedz mi, Anton, jaką przyszłość widzisz dla siebie u boku Słodkiej? Nie w gwiazdach, lecz w swoich marzeniach, w planach.

— No jak to, pobierzemy się, będziemy mieć dzieci…

— Pobierzecie się, będziecie mieć dzieci — i co?

— Co: co? Nie rozumiem, esthlos.

— I tyle? To wszystko? — Pan Berbelek uśmiechał się ironicznie. — W tym właśnie Anton, syn Porte, znajdzie spokój, szczęście i zadowolenie?

— Naprawdę, nie zastanawiałem się, esthlos. No oczywiście w dzieciństwie każdy marzy o jakichś niesamowitych przygodach, że zdobędzie sławę, bogactwa, władzę, Bóg wie, czego dokona. Ale przecież każdy też potem dorasta. To są bajki, a w życiu jest praca i wieczne zmęczenie i wszy w pościeli, za przeproszeniem, esthlos. A ja z tobą i tak zobaczyłem na własne oczy więcej niż połowa tych aristokratów. Esthlos. Dziecko nie rozróżnia: czy może zeskoczyć z takiej wysokości i nie zranić się, czy może rzucić się na behemota i nie zginąć, czy może zostać leonidasem, królem. Ale się uczy.

— Ba! Ludzie zostają leonidasami, królami, Anton.

— Wiem, esthlos. Ale to też się człowiek szybko uczy rozpoznawać: kto będzie królem, a kto nie. Jedynie naprawdę małe dzieci mylą doulosów z aristokratami.

— No, no, uważaj, sam mówisz jak sofistes — zaśmiał się pan Berbelek.

Anton odstawił kubek.

— To ta pażubówka… Pędzą ją w Skoliodoi, prawda? wykręca język i umysł.

— Nie przesadzajmy, nie w Skoliodoi… Zresztą w gruncie rzeczy wszystkie alkohole to owoce Skrzywienia, katalizatory towarzyskich kakomorfii…

Pan Berbelek wstał, rozejrzał się po dachu, przeskoczył nad rozłożonymi książkami. Obejrzał się na Antona.

— Pozbieraj to i znieś na dół.

— Esthlos.

— A jak już będziesz miał te dzieci i wnuki — uśmiechnął się pan Berbelek — nie zapomnij im opowiedzieć i o tym: Gdym popijał nocą wódkę z Kratistobójcą na dachu nad Vodenburgiem…

— Z czasem nauczą się odróżniać bajki od rzeczywistości — odparł Anton, nie patrząc na pana Berbeleka.

— Taak. — Forma już została złamana, chwila minęła, nie sposób dalej ciągnąć konwersacji w tym tonie.

Pan Berbelek zszedł na piętro bakhauzu. Zawieszone na nagich ścianach lampy olejne paliły się na ćwierć knota. Z półmroku przeszedł w ciemność, gdy zatrzasnął za sobą drzwi narożnego pokoju frontowego, tego, który przeznaczył na gabinet. Teraz już okna były zamknięte. Zawołał doulosów.

Zrzucił humijowy płaszcz i kamizelę, z zostawionej na parapecie okna misy z owocami wybrał zimowe jabłko, ugryzł; rękawem jedwabnej koszuli otarł brodę. Doulosi krzątali się za jego plecami. Patrzył na światła portu, na oznakowane lampami sygnalizacyjnymi okręty zacumowane w zatoce, Księżyc odbijający się na ciemnych falach. Stopniowo jednak w pokoju robiło się coraz jaśniej i nocny widok przesłaniało panu Berbelekowi jego własne odbicie. Kratistobójcą je jabłko.

Usiadł przy sekretarzyku. Z szuflady wyjął nową, czystą kartę luksusowego pergaminu. Umoczył pióro w atramencie.

OSTATNIA WOLA HIERONIMA BERBELEKA WŁASNĄ JEGO RĘKĄ SPISANA DWUDZIESTEGO PIERWSZEGO OCTOBRISA ROKU TYSIĄC STO DZIEWIĘĆDZIESIĄTEGO ÓSMEGO PO UPADKU RZYMU.

Nie ma co dramatyzować — pomyślał, przyglądając się, jak na ostrzu pióra tworzy się czarna kropla — ale skoro już podjąłem decyzję, nie mogę zamknąć oczu na jej konsekwencje. Bo to przecież prawda, że nawet jeśli mi się powiedzie, nawet jeśli zabiję kratistosa adynatosów i przeżyję — to najpewniej nie przeżyje pan Berbelek. Jak daleko udało nam się wejść w głąb Afrykańskiego Skoliodoi? Leonidasi i królowie, i kratistobójcy też muszą umieć odróżniać bajki od rzeczywistości.

A gdyby i coś ocalało — nie pan Berbelek — strzęp, odbicie, cień — to już raczej właśnie jak Anton poszuka małego spokoju i małego szczęścia, marzeń i uczuć powolnych, miękkich, delikatnych — jak płatek śniegu kojący rozpaloną skórę — płatek śniegu, Loilei, czy nie tak miała na imię — dotyk i miłość anielicy, to może będzie w stanie wytrzymać — on, ktokolwiek. Jeśli w ogóle coś ocaleje.

Czarna kropla spada na pergamin.

Wszystko będzie dobrze. Ale gdyby cos’ zaszło, tak rozporządził esthlos Hieronim Berbelek-z-Ostroga zwany Kratistobójcą:

Перейти на страницу:

Похожие книги