Wykonawcą testamentu we wszystkim ma być esthlos Kristoff Njute. Jeśli chodzi o mój ziemski i księżycowy majątek, pieniądze, kosztowności, ruchomości i nieruchomości oraz udziały w przedsięwzięciach handlowych: mojej córce jedynej, esthle Alitei Monszebe pi. Latek, albowiem nie odziedziczy niczego więcej —

<p>Ψ</p><p>Jak Czarnoksiężnik</p>

W dniu, gdy przybyła do Vodenburga, spadł na miasto pierwszy śnieg i ulice pełne były zimnego błota, zwierzęta i pojazdy rozchlapywały na pieszych ciężką maź. Kobieta, która przedstawiła się w Trzecim Hospicjum Skelli jako esthle Junona von Versteck, przybyła już odziana w zimowe szaty: skórzane szalwary, nordlingową kurtę, sobolowy płaszcz z sutym kapturem. Poleciła zanieść wszystkie bagaże do swoich pokoi, ale sama nawet tam nie zajrzała. Wynajęła dorożkę i kazała się zawieść do domu Kratistobójcy. Płaciła brytyjskimi denarami. W dorożce, zrzuciwszy kaptur (miała włosy bielsze od śniegu), paliła nerwowo tytońca.

Wyraźnie zdziwiła się, gdy dorożkarz skręcił ku portowi; ale milczała. Zatrzymali się na starym kamiennym tarasie ponad nabrzeżem przeładunkowym, w cieniu masywnego bakhauzu. Kobieta wyjęła z rękawa list zamknięty herbową pieczęcią szlakową i poleciła dorożkarzowi dostarczyć go Kratistobójcy. Czego oczywiście nie był on w stanie wykonać; przekazał papier jednemu z horrornych, którzy odpowiedzieli na kołatanie w wysoką bramę bakhauzu. Kobieta pozostała w powozie. Bez słowa paliła tytońca.

Skończyła jednego, zaczęła następnego, potem jeszcze kolejnego i jeszcze, śnieg ponownie się rozpadał, musiała dodatkowo zapłacić dorożkarzowi. Siedział na koźle zawinięty w połataną kapotę. Kobieta na powrót naciągnęła kaptur, teraz poruszały się tylko jej dłonie w jelenich rękawiczkach. Po nabrzeżu goniły dzieci, obrzucając się śnieżkami i wykrzykując wulgarne rymowanki o Kratistobójcy, Czarnoksiężniku i Księżycowej Wiedźmie. Minęło południe, z vodenburskich minaretów rozległo się azan, wezwanie do modlitwy wyznawców Muhammada. Kobieta czekała.

Dopiero po siódmym wypalonym przez nią tytońcu w bocznych drzwiach bakhauzu pojawił się stary służący vodenburskiej morfy. Horrorny z żarłaczem w rękach przepuścił go i stanął w progu. Stary podszedł do dorożki.

— Esthlos prosi.

Cisnąwszy niedopałek w śnieg, kobieta podążyła za sługą. Dorożkę odprawiła krótkim ruchem orękawicznionej dłoni.

Weszli do bakhauzu. Stary poprowadził od razu ku schodom. Magazyny były puste, tylko w jednym bocznym pomieszczeniu dojrzała kilkoro horrornych bez zbroi, obejrzeli się na nią, gdy przechodziła.

Na piętrze było nieco cieplej, odrzuciła kaptur, rozsznurowała futro. Pachniało tu jakimś afrykańskim kadzidłem. W głównym korytarzu stały sterty pak, skrzyń, kufrów. Doulosi rozwieszali na ścianach moskiewskie gobeliny.

Stary zapukał i wszedł do pokoju na końcu korytarza; przed tymi drzwiami również stał horrorny. Przez chwilę przypatrywali się sobie w milczeniu, żołnierz lakademońskiej morfy i białowłosa esthle. Na grafitowym napierśniku miał wygrawerowanego Achilla składającego się do rzutu oszczepem.

Sługa otworzył drzwi.

— Wejdź, esthle. Weszła.

Kratistobójca stał za zasłanym papierami stołem, zwrócony ku otwartemu na śnieg, port i morze oknu, i kartkował trzymaną w lewej dłoni wielką księgę.

Podniósł na moment wzrok.

— Porte.

Stary skłonił się i wyszedł, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

Kobieta zdjęła płaszcz, rzuciła go na sofę, zdjęła rękawiczki, rzuciła je na płaszcz. Rozejrzawszy się po pokoju, wzruszyła ramionami i usiadła obok.

Założyła nogę na nogę, splotła dłonie na kolanie.

— Co czytasz?

— Starożytny bełkot astrologiczny — mruknął. — Czego to ludzie nie wymyślą… Arystarch z Samos, Sełeukos, nawet Pitagoras — twierdzili, że wszystkie planety krążą wokół Słońca — wyobrażasz to sobie? — także Ziemia. Chociaż niektóre rzeczy mogą być przydatne. Muszę sprawdzić traktat Archimedesa O liczeniu piasku, obliczał tam średnicę sfery gwiazd stałych, ale, zdaje się, pomylił się o kilka rzędów wielkości. Z kolei teoria epicykliczna Apolloniosa z Perge po części się sprawdziła, podobnie mapy pływów aetheru Alcybiadesa z Gerui, więc —

— Gdzie go pochowaliście?

— W Afryce. Na sawannie, nad Żółwią Rzeką. Mam mapę, jeśli —

— Obyś po wieczność gnił w Szeolu.

— Po coś przyjechała?

— Wiesz.

Po raz drugi uniósł wzrok znad księgi.

— Nadal cię ścigają? No dobrze, polecę cię Neurgowi, weźmie cię pod swoje skrzydła, do pałacu.

— Byłam pewna, że szlachetny Kratistobójca mnie ochroni — wycedziła.

— Tak, do wykorzystywania ludzi masz talent, nie przeczę. Coś ty właściwie tam nabroiła?

— Wszystko oszczerstwa.

— Mhm.

Перейти на страницу:

Похожие книги