Pierwszy pyrownik uderzył pięćdziesiąt stadionów na południe od Myty. Nie zobaczyli, jak Ogień schodzi ze swej sfery, nie pozostała na błękicie żadna blizna po upuście pyru. Po prostu na krótką chwilę całe niebo stało się oślepiająco białe — i ci, co patrzyli, istotnie zostali oślepieni — po czym nad Mytą przetoczył się grzmot tysiąca burz i uderzył w obóz gorący wiatr, wicher niosący czyste arche pyru. Stanęło w ogniu kilkanaście namiotów, niektórym Huratianom zapaliły się ubrania i włosy. Jedynie oni się tym przejęli; reszta spoglądała na południe, nad dżunglę pstrokatej kakomorfii, gdzie hipnotycznie powoli wznosił się ku Słońcu gigantyczny słup ciemnoczerwonego dymu, wyginający się od góry w kształt grzyba o pofałdowanym kapeluszu.
Astromekanicy Pani pracowali nieprzerwanie, podług rozkazów Kratistobójcy spuszczając pyrownik co godzinę, półtorej, jak tylko nadążali ze strojeniem sfer niebieskich. Myta, Isaf, Myta, Aporeum, Aporeum, Myta, Aporeum, Isaf, Myta, Myta, od świtu do zmierzchu, i potem w nocy, którą każdorazowe uwolnienie pyrownika przepalało na wylot, pozostawiając na źrenicach powidok śmiertelnej czerwieni, wywołując z miękkiej ciemności miliony ostrych jak brzytwa cieni, budząc wszystkie zwierzęta i ludzi, całą dżunglę. Strategosi polecili cofnąć obozy kilkanaście stadionów od jej granicy, wiatr był bardzo zmienny, w każdej chwili nadejść mogła ze Skoliodoi fala pochłaniającego wszystko pożaru. Na wierzchołki najwyższych drzew wysłano nimrodów, by raportowali o postępach ognia. Nocny horyzont zasnuwał czarny dym, gwiazdy południa były zupełnie niewidoczne. Kiedy wiatr wiał z tamtej strony, zapach spalenizny piekł nozdrza. O świcie począł padać czarny śnieg: płatki popiołu niesionego prądami gorącego powietrza. Ze Skrzywienia na sawannę uciekały zwierzęta, pojedynczo i w stadach, zwierzęta i stworzenia o mniej konkretnej Formie, coraz pokraczniejsze i trudniejsze do opisania kakomorfy. Keraunety grzmiały już prawie bez przerwy, gdy ludzie zabijali potwory niczym podczas jakiejś monstrualnej dżurdży, setki, tysiące kakomorfów wypędzanych wprost pod ich lufy. Nimrodowie opowiadali o koronie ognia otaczającej cały południowy horyzont, o Skrzywionej dżungli wijącej się i morfującej pod dotykiem pyru niczym żywcem przypalany robak.
Skoliodoi płonęło.
— Pani.
— Ukorz się.
— Wezwałaś mnie.
— Gdy cię poprzednio wzywałam, nie przybyłeś.
— Nie miałem czasu.
— Hieronim Berbelek nie miał czasu. Nie podchodź!
— Nie podchodzę.
— Widzisz ten kamień nad strumieniem?
— Tak.
— Rozwiń kolczugę.
— Ciężkie.
— Czyste ge. Ale Forma — Forma musi być taka.
— Krzywy Miecz. Oczywiście.
— Skolioxyfos. Podnieś. Wyżej. Spójrz na ziemię.
— Co to jest?
— Jego cień. Skolioxyfos Krzywi wszystko, nawet światło. Gdyby wziął go do ręki człowiek słabszej Formy — nie pozostałaby długo ręką. Jeśli nie możesz go po prostu zawiesić za ząb głowicy, zawijaj go w tę puryniczną kolczugę. Powinna wytrzymać wystarczająco długo. — Mhm. Ostrze zupełnie tępe.
— Skolioxyfos nie służy do cięcia Materii.
— Mam taki sztylet…
— Twój sztylet jest na ludzi. Skolioxyfos tnie keros, obojętnie czyja, jaka morfa się w nim akurat odciska. Człowieka, adynatosa, kratistosa, boga, samego świata. Posługuj się nim z wielką ostrożnością, troje wielkich teknitesów oszalało, wykuwając ten oręż.
Pan Berbelek wywija Skolioxyfosem młynka i uderza sponad ramienia w nadstrumienny głaz. Głaz roztapia się, spływa do wody, tam z sykiem rozszczepia się na tysiąc ogniowych ważek, które natychmiast wzlatują w niebo nad gajem Pani, przemykają czerwoną chmurą wskroś zielonej tarczy Ziemi.
— Tak.
— Wiem, że cię kusi. Lepiej już idź.
— Nic nie wiesz, kobieto. Możesz mieć tylko nadzieję.
— Odejdź.
— Sofistes Antidektes uważa, że z premedytacją ich sprowadziłaś, że tak się począł twój plan odzyskania władzy nad Ziemią bez konieczności opuszczania Księżyca. Pozostaniesz tutaj, lecz twoja morfa z równą nieuchronnością obejmie królestwa Dołu. Mieli rację, podejrzewając cię od samego początku. Twoja córka, moja córka, ty — jedna Pani. Dotąd skłaniałem się do sądu, iż po prostu wykorzystujesz sytuację, jak każdy kratistos by wykorzystał; nie mogłaś przecież wiedzieć o adynatosach, nie mogłaś zaplanować tego, co przychodzi spoza gwiazd stałych. Ale teraz zaczynam —
— Ta makina na niebie nad nami — jej perpetua mobilia obracają się dokoła osi mojego serca, nie zdążysz wznieść miecza, a aether zmieli cię na arche.
— Jeszcze nie dzisiaj, lecz kiedyś ujrzę strach na twoim obliczu.
— Odejdź.
— Możesz mieć tylko nadzieję, że nie przetrwam spotkania z arretesowym kratistosem. Ale ja je przetrwam, widziałem swój kismet i mówię ci, że przetrwam i wrócę, stanę wtedy przed tobą i
— Odejdź!
— Nie wiem, kiedy, ale któregoś dnia, twarzą w twarz
— Precz!
— Podziękuję ci za wszystko, co dla mnie uczyniłaś.
— Hierokharis!
— Do zobaczenia, Illeo.