— Pogońże ludzi z „Karola”, do wioseł, do wioseł, muszą mi tu zaraz zrobić miejsce dla „Filipa”.

Jednooki Negr skinął głową. W zeszłym roku N’Yuma wykupił się od rytera, lecz mentalność niewolnika mu pozostała, taka morfa odbija się najgłębiej.

Pan Berbelek miał tu swoje biuro, wydzielono dlań narożną izbę, ale zajrzał tam przez te lata wszystkiego dwa razy. Nie widział potrzeby podtrzymywania fikcji, taki z niego był kupiec, jak z Kristoffa dyplomata. Jeśli w ogóle zachodził do składów, kończyło się na wizycie w gabinecie Njute, skąd zresztą rozpościerał się najlepszy widok; szerokie, trzypanelowe okno wychodziło wprost na port i zatokę, mógł obserwować z wysokości steng całą tę mrówczą krzątaninę. Jeśli nie zacinał deszcz lub mróz nie trzymał zbyt wielki, Njute zostawiał okno otwarte i do wnętrza swobodnie wskakiwał morski wiatr, słone powietrze przepłukało tu wielokrotnie każdy sprzęt, nasączyło swoim zapachem ściany i dywan.

Dopalając tytońca, pan Berbelek obserwował ptasie ruchy dźwigu towarowego, ładującego na okeanosowy kliper innej kompanii skrzynie okute żelazem, śledził wzrokiem odbijającego powoli od nabrzeża „Karola Piętę”, przyglądał się rytmicznej pracy wioślarzy na łodziach holowniczych, nagim bicepsom N’Yumy, pokrytym jakimś plemiennym morfunkiem — Negr, stojąc na hałdzie starego takielunku, wykrzykiwał klątwy i zachęty do uprzątających nabrzeże tragarzy, dla nich pan i władca, wgniatający w ziemię samym spojrzeniem dzikiego oka… Mewy skrzeczały melancholijnie. Niewolnica przyniosła gorącą theę; podziękował, nie odwracając się od okna. Za jego plecami Kristoff wykłócał się o jakiś zaległy podatek z perskim kancelarzystą, przechodzili w wyzwiskach i inwokacjach z ockiego na grecki i pahlavi i z powrotem. Hieronim wyrzucił przez okno peta. Oparłszy się przedramionami o wysoką framugę, siorbał theę, sól szczypała język.

Esthlos Berbelek wracał myślami do początku swej kupieckiej kariery. Lutecja Parisiorum, lato po karpackiej ofensywie Czarnoksiężnika, Hieronim Berbelek przyjmowany na salonach. Skarlał wówczas tak bardzo, że nawet myślał w trzeciej osobie. „Hieronim się kłania”. „Hieronim bawi towarzystwo”. „Teraz Hieronim robi wrażenie”. „Teraz Hieronim będzie odpoczywał”. „A teraz Hieronim poderżnie sobie gardło”. Anthos Czarnoksiężnika zaległ w nim jak gorący smród. Zapominał jeść. Ostre przedmioty, przepaście, rozpędzone konie, pod które mógłby się rzucić — jak ogień dla ćmy. Oczywiście spał prawie bez przerwy. A jeśli już się budził, to o dziwnych porach, z dziwnymi pragnieniami. Co było dobre: że miał jakiekolwiek pragnienia. Takim go pochwycił w swe szpony esthlos Kristoff Njute. Wielki krzyż na piersi, dzika broda, zero obeznania i taktu salonowego: importer futer z Herdonu z ogromnymi planami i z rynkiem zbytu pod nieformalnym perskim monopolem. „Gdybyś tylko mógł do nich dotrzeć, przecież ty ich wszystkich znasz, a kogo nie znasz, ten w każdym razie zna ciebie. Pomyśl tylko, esthlos, jak moglibyśmy się wzbogacić!” Złoto! Bogactwo! Owego wieczoru, nad kielichem słodkiego wina, w kolorowych światłach dzunguońskich ogni na bezksiężycowym niebie, w chmurze morf frankońskiej aristokracji, w sercu anthosu Leo Vialle, Kratistosa Buty i Pychy — postanowił pożądać bogactwa. Postanowił chcieć chcieć, postanowił postanowić — na Jowisza, no jakoś trzeba wykopać z siebie tę wolę! O, wykrzyknik to już początek. Następnie zmiana trybu narracji. „Pan Berbelek postanawia zostać bogaczem”. „Pan Berbelek będzie bogaczem”. Czy smród Czarnoksiężnika się zmniejszył? Na wszelki wypadek Hieronim trzymał się od tamtej pory blisko rytera, pewien, że impulsywny Herdończyk przymusi go do uczestnictwa w każdym przyjęciu, na jakie tylko przyjdzie zaproszenie — ani też nie pozwoli sypiać zbyt długo. Z czasem zaczęły pączkować inne pragnienia. Najnowszy pomysł stanowiła esthle Amitace — czyż nie była godna pożądania? Wszystko zmierzało w dobrym kierunku: w tej chwili pan Berbelek nie miał już pewności, czy tylko chce jej pożądać, czy istotnie już pożąda. Najtrudniej morfować samego siebie i najłatwiej przeoczyć moment zmiany własnego kerosu.

— Przybija, Kristoff.

„Filip Apostoł” zrzucił żagle na drugiej boi i sunął ku nabrzeżu, wytracając prędkość, załoga czekała z bosakami i linami.

Njute podszedł do okna, wychylił się i krzyknął:

— N’Yuma! Kapitan, pilot i nimrod do mnie!

Hieronima zaś szarpnął za ramię ku drzwiom do bawialni.

— Zamówiłem obiad u Skelli.

Перейти на страницу:

Похожие книги