Pan Berbelek odwzajemnił spojrzenie. Oczy Persa były błękitne czystym, jasnym błękitem wiosennego nieba, osadzone w sieciach głębokich zmarszczek mocno opalonej skóry — zmarszczek od słońca i wiatru, Zajdar nie wyglądał bowiem na więcej niż trzydzieści kilka lat. W rzeczywistości dawno przekroczył sześćdziesiątkę albo i siedemdziesiątkę, ale morfa trzymała Materię w silnym uścisku. Ciało to zaledwie szata dla umysłu, jak pisali filozofowie. Szaty jego ciała również wprowadzały w błąd, Ihmet nosił się na herdońską modłę, prosty krój, biel, czerń i szarość, wąskie nogawki i rękawy, koszula zasznurowana pod szyję. Tylko czarną brodę przystrzyżoną miał na izmaelicką modłę.
— Podpisałeś już kontrakt z kimś innym?
Pers pokręcił głową, przełykając gorącą zupę.
Hieronim westchnął tylko, pochylając się nad swoim talerzem.
Przez dłuższą chwilę milczeli, przysłuchując się głośnej rozmowie esthlosa Njute, kapitana Prunza i Trept. Heinemerle podekscytowana opowiadała o cudach południowoherdońskich portów i dzikusach z wysp równikowych, narkotykach zwierzęcych i egzotycznych morfezoonach. W przerwie między daniami przyniesiono ryterowi zweryfikowany manifest „Filipa” i Kristoff na nowo jął obliczać spodziewane zyski.
— Na północy również, w tych puszczach przeogromnych — mówiła tymczasem Heinemerle — one się ciągną od Okeanosu do Okeanosu, a w każdym razie do Megorosów, do szóstego liścia, a Anaxegiros nie wrósł tam jeszcze na tyle głęboko, by wyprzeć kratistosów dzikich, na samej północy czy na przykład w Herdon-Aragonii, kiedy czekaliśmy na towar, rozmawiałam z osiedleńcami, mity czy prawda, trudno powiedzieć, może już się roztapiają w koronie Anaxegirosa, te miasta żywego kamienia, rzeki światła, ryby kryształowe, tysiącletnie węże mądrzejsze od ludzi, i kwiaty miłości i nienawiści, drzewa, z których rodzą się daimony lasu — powiedz, Ihmet, przecież widziałeś na własne oczy.
— Nie potrafię opowiadać.
— Na statku, jak wpadłeś w melancholijny nastrój, potrafiłeś snuć długie gawędy…
— Bo to były cudze opowieści — uśmiechnął się Zajdar pod wąsem.
— Nie rozumiem — zirytowała się Trept. — To znaczy co? że kłamstwa? Kłamstwa to potrafisz?
— Nie w tym rzecz — odezwał się cicho pan Berbelek, łamiąc sobie chleb. — Ale historie powtarzane za kimś mogą być nieprawdziwe, i to nas wyzwala. Natomiast mówiąc o własnych doświadczeniach
— Co? — weszła mu w słowo. — Co ty właściwie usiłujesz powiedzieć? Że szczerym można być tylko w kłamstwie? Takie zenonówki dobre są dla dzieci.
Pan Berbelek wzruszył ramionami.
— Ja lubię dzielić się opowieściami — mruknęła Heinemerle. — Jaki sens zwiedzać świat, jeśli nikomu nie przekażesz, co widziałeś?
Przed deserem Njute podpisał listy bankowe z osobistymi premiami, niezależnymi od gwarantowanych umową czterech procent zysku dla kapitana i dwóch dla pilota. Trept podziękowała wylewnie, Zajdar nawet nie spojrzał na swój list.
Hieronim dotknął jego ramienia.
— Spokojna starość?
Ihmet wykonał gest chroniący przed AlUzza.
— Oby nie. Ale tak, masz rację, esthlos — zaczynam już liczyć czas tracony. Tygodnie na morzu… krople krwi w klepsydrze życia, czuję każdą z nich, spadają jak kamienie, dreszcz po człowieku przechodzi.
— Żal?
Pers spojrzał na Hieronima w zamyśleniu.
— Chyba nie. Nie.
— I co teraz? — rodzina?
— Dawno o mnie zapomnieli.
— Więc?
Zajdar wskazał oczyma Trept, przekomarzającą się z Kristoffem.
— Pożerać świat, jak ona. Jeszcze trochę, jeszcze trochę. Pan Berbelek smakował mdląco słodki syrop.
— Mmm. Póki ma się apetyt, tak? Pers nachylił się ku Hieronimowi.
— To jest zaraźliwe, esthlos.
— Myślę, że
— Można się zarazić, naprawdę. Weź sobie młodą kochankę. Spłodź syna. Przeprowadź się w koronę innego kratistosa. Na ziemie południowe. Więcej słońca, więcej jasnego nieba. W morfę młodości.
Pan Berbelek zaśmiał się gardłowo.
— Pracuję nad tym! — Nabrał sobie pasty orzechowej; Zajdar podziękował gestem. — Co do jasnego nieba… Villa pod Kartageną. Val du Ploi, piękna okolica, bardzo gładki keros. Byłbyś zainteresowany?
— Mam już trochę ziemi w Langwedocji. Ale co ja właśnie mówiłem? Nie zamierzam jeszcze grzać kości w ogródku.
— Mhm, nie pracuje, nie odpoczywa — Hieronim wydął policzek — to co właściwie będzie robić?
Ihmet wytarł dłonie w podaną przez Skellowego doulosa chustę. Otworzył list bankowy, zerknął na sumę, sapnął przez nos.
— Praktykować szczęście.
Γ
Ojcorództwo
Ledwo przekroczył próg domu i ujrzał konspiracyjnie uśmiechniętego Porte, pan Berbelek stracił resztkę nadziei na spokojny wieczór i powrót do sennej bezczynności.
— Co znowu? — mruknął, marszcząc brwi.
— Są na górze, przydzieliłem im pokoje gościnne. — Złapawszy rzucony mu płaszcz, Porte wskazał kciukiem piętro.
— Na Szeol, komu?
Stary wyszczerzył się krzywo, po czym z przesadnym ukłonem podał panu Berbelekowi list.