Jeśli nie liczyć Berbelekowego gabinetu, bawialnią była chyba najrzadziej używanym pokojem w siedzibie NIB. Powierzchnia bakhauzu, sześć tysięcy pusów kwadratowych, pozwoliła ryterowi na rozmaite fanaberie: pomieścił w nadbudówce między innymi także dwie sypialnie (oficjalnie „dla gości kompanii”) czy pokój szachowy. Bawialnią była długim, wąskim pomieszczeniem, z oknami wychodzącymi na mur portowy i kotwicowiska świń powietrznych. Urządzono ją w stylu celtyckim, ciemne drewno pokrywało ściany, masywne meble z dębu, hyexu i prośniny, o prostych kątach i ostrych krawędziach, gromadziły się w rogach pokoju — z wyjątkiem zajmującego centralną pozycję wysokiego stołu, dokoła którego krzątało się teraz troje doulosów z „Domu Skelli”. Zastawiono dla pięciu osób.
Pan Berbelek usiadł przy stole, poprawił ułożenie sztućców, nalał sobie wina i już musiał wstać, by przywitać gości. Dwoje z nich było silnymi teknitesami morza i raczej nie potrafiło kontrolować swych aur, co Berbelek zaraz spostrzegł po zachowaniu wina w swym kielichu oraz cieple na policzkach, gdy krew uderzyła mu do głowy, a na twarz wystąpiły rumieńce. Rumienił się także Kristoff i niewolnicy Skelli — ale oczywiście nie sami goście.
Szybkie uściski nadgarstków, szczere uśmiechy — doulosi pośpieszyli z wodą do obmycia dłoni, a Njute, nie czekając, wzniósł toast za pomyślną podróż z Herdonu. Zasiadł u góry, pan Berbelek po jego lewej stronie, po prawej — Otto Prunz, kapitan „Filipa”, za nim — Heinemerle Trept, młoda pilot okeanosowa; bo Ihmeta Zajdara, pierwszego nimroda Njute, Ikita te Berbelek, posadzono oczywiście przy Hieronimie. Wymienili uprzejmości nad parującymi zupami. Oboje teknitesi siedzieli po tej samej stronie stołu i ciecze podpełzły niebezpiecznie ku brzegom naczyń.
Akurat Ihmet był jedynym w towarzystwie, kogo pan Berbelek nie znał w ogóle. Otto, kristjanin i ziomek Njute, pływał dla NIB od początku, najpierw na własnym kliprze, teraz jako kapitan „Apostoła”, pierwszego okeanikosa kompanii. Heinemerle wynajęli zaraz po przyjęciu jej do cesarskiej gildii nawigatorów. Ponieważ była kobietą, miała słabszą pozycję wobec reszty załogi i stwarzała większe ryzyko konfliktu kompetencyjnego podczas długiego rejsu, jej kontrakt był więc tańszy — ale umiejętności Trept mówiły same za siebie i najwyraźniej dobrze współpracowała ze starym Prunzem.
Natomiast smagłolicy Zajdar… jego związki z firmą pozostawały najsłabsze. Ostatnimi laty, gdy potwory morskie stały się bardziej agresywne, ceny usług nimrodów doświadczonych w ochronie statków znacznie wzrosły, nie było ich zresztą znowu tak wielu. Esthlos Njute kombinował, jak się dało: kontrakt na rejs w jedną stronę, kontrakty wspólne, podłączanie się pod konwoje… Tak też pozyskał Zajdara. Pers zakończył wieloletnią współpracę z Kastygą i przyjmował ostatnio wyłącznie pojedyncze zlecenia, co nie wszystkim odpowiadało; ale Kristoff korzystał z jego usług, gdy tylko mógł, i jego też wynajął do ochrony pierwszego okeanikosa stanowiącego w stu procentach własność Njute, Ikita te Berbelek. Zaczął nawet tytułować Zajdara „pierwszym nimrodem kompanii”, trochę mając nadzieję zaczarować rzeczywistość słowami. Ihmet nieodmiennie odpowiadał uprzejmymi, niezobowiązującymi listami.
— Wczoraj przeczytałem o śmierci pierwszego nimroda Afrykańskiej — zagaił pan Berbelek w pahlavi. — Wasza podróż obyła się chyba bez przykrych incydentów?
— Jeśli nie liczyć syren na Lokoloidach. Nie było też żadnego morderstwa.
— Ach, nigdy w ciebie nie wątpiliśmy. Szczególnie esthlos Njute — on ma o tobie bardzo wysokie mniemanie.
Ihmet Zajdar skłonił głowę na te słowa. Niedoświadczeni teknitesi, pozbawieni samokontroli lub właśnie ci nazbyt doświadczeni, nazbyt długo praktykujący swą sztukę, ci, których praca wymagała wielotygodniowych okresów nieprzerwanej rozbudowy anthosów, jak właśnie teknitesi morza, przez miesiące prowadzący okręty w ciasnym uścisku swych aur, lub teknitesi wojny, strategosi, aresowie — oni często byli niezdolni do zapanowania nad owymi aurami, nie umiejąc już ich zwinąć, zniwelować, i odciskali się w kerosie ciężką pieczęcią niezależnie od okoliczności, w dzień i w nocy, na jawie i we śnie, w samotności i w sercu tłumu. Ubocznym skutkiem długotrwałej obecności na statku takiego nimroda bywały ofiary śmiertelne wśród załogi. Sprzeczki, przepychanki, koleżeńskie rywalizacje, które inaczej skończyłyby się najwyżej wybitym zębem — w koronie nimroda przynosiły w efekcie rozbite głowy, poderżnięte gardła i topielców za burtą. Zajdar cieszył się wszakże bardzo dobrą reputacją.
— Zauważyłem — rzekł, posypawszy gęsto zupę przyprawami. — Obawiam się, że będę musiał sprawić mu zawód.
— Ależ nawet jeszcze nie znasz propozycji.
— Lecz propozycję taką otrzymam, prawda? — Ihmet spojrzał pytająco na zarumienionego Hieronima.