kręgi płonących wozów, potem jednak zgasły, koczownicy przystępowali jeszcze kilka razy

do ataku, ale najwyraźniej udało im się zdobyć jeszcze tylko jeden Liść, pozostałe oparły się

szturmom. To wszystko działo się setki mil od niej, gdzieś na drugim końcu świata, w

miejscu, gdzie nie było haków, powolnego kołysania się i nocy, która już wkrótce zamierza

zawładnąć całym czasem Wszechrzeczy.

To było najgorsze, co ją czekało. Ciemność. Do tej pory nie wiedziała, skąd czerpie siłę,

teraz okazało się, że czerpie ją z cudzych spojrzeń, z tego, że inni oczekują, iż zacznie płakać

i błagać o litość, więc nie wolno jej tego zrobić. Tak naprawdę nawet przez moment nie

opuściła kręgu wyrostków z kijami, otaczali ją cały czas, w namiocie wodza Wilków, gdy

rozmawiała z jego uzdrowicielką, żoną czy z nim samym, gdy towarzyszyła konającemu

łucznikowi, i gdy zawisła na rzemieniach, wtedy zwłaszcza. Musiała być dzielna i odważna.

Bo chcieli zobaczyć jej strach.

Lecz teraz, w ciemności, gdy nikt na nią nie patrzył, chłopcy z kijami znikli, rozpłynęli

się w mroku, a wraz z nimi odeszła determinacja. Została rozpacz, czarniejsza niż gardło

najnędzniejszego demona Mroku, tłumiąca oddech skuteczniej niż haki wbite w skórę.

Nie, nie, nie... nie chcę już... już żyć... ja... Key’la z rodu Kalevenhów... chcę umrzeć...

nie widzieć śmierci... nie patrzeć na płonące... wozy... nie chcę patrzeć... Proszę... proszę,

proszę... Przyjdź, bracie, i zabierz mnie stąd... Bo to byłeś ty... prawda? Ty zabiłeś tych

chłopców... przyjdź po mnie... Proszę, proszę, proszę.

Z całej tej modlitwy na zewnątrz wydostawało się tylko mizerne „pros... pprosz... pos...”,

które dałoby się może usłyszeć, gdyby ktoś przyłożył ucho do jej twarzy. Ale to nie miało

znaczenia, liczyło się tylko to, że ciemność wreszcie obnażyła jej prawdziwe oblicze, małego

tchórza potrafiącego tylko skomleć o litość. I właściwie to też nie miało znaczenia. Liczył się

tylko ból, który usadowił się w jej ciele już na dobre, i to dławiące wolę uczucie, że powinna

już nie żyć. Powinna umrzeć wiele razy, tak jak tysiące jej rodaków, bo to było wręcz

nieprzyzwoite, że jeszcze oddycha, gdy tylu dzielnych ludzi zginęło.

Głowa, która leżała pod jej nogami, zmieniła się w mroku w bezkształtny tobół, lecz

Key’la była pewna, że uśmiecha się aprobująco do każdej takiej myśli.

– Pros... poszę, poszę, posss...

Odpowiedź na prośby nadeszła w całkowitej ciszy. Jeden z jej strażników zwalił się na

ziemię. Po prostu przewrócił się i już nie wstał. To ten starszy, rozpoznała, bo młodszy jakiś

czas temu usiadł, opierając się o jedną z żerdzi trójnogu, i wyglądało na to, że zasnął. Hałas

wywołany upadkiem towarzysza powinien go obudzić. Ale nie, nawet nie drgnął, mimo że

jego kompan zachowywał się dziwnie. Najpierw przez chwilę leżał nieruchomo, po czym

nagle w całkowitej ciszy rozdzielił się na dwie części. Jedna została na ziemi, plama czerni w

ciemnościach, druga ruszyła przed siebie. Trochę chaotycznie, zataczając się lekko i

wykonując dziwaczne, nieskoordynowane ruchy. Jakby walczyła z szalonym prądem dzikiej

rzeki.

A potem nagle przed Key’lą, nieco poniżej, wyrosła blada twarz okolona czarnymi

włosami i dwie zimne latarenki oczu, rozjaśniające ciemności.

W pierwszej chwili go nie rozpoznała, był tak chudy, jakby głodzono go od wielu

miesięcy. Tłuste włosy lepiły się do jasnego czoła, oczy świeciły gorączką.

– ... esteś, bra... ciszku... już my... ślałam, że... że... że zapomniałeś...

Nie odpowiedział. Dotykał jej ruchami szybkimi i delikatnymi jak muśnięcie języka

jaszczurki. Jego palce parzyły lodowatym ogniem, zwłaszcza gdy dotykał miejsc, gdzie wbito

haki.

– Za... bierzesz mnie stąd? Da...le...ko...

Nie odpowiedział, zresztą nie spodziewała się tego, nie zmienił nawet wyrazu twarzy.

Spojrzał w dół, na leżącą między nimi głowę, pochylił się i obwąchał ją. Po chwili obrócił się

i znikł w mroku.

Zacisnęła z całych sił powieki, ale łzy i tak popłynęły.

* * *

Zaatakowano ich, gdy Kenneth zaczął wątpić w sens swojego planu. Laiwa chyba nie

była tak dobrą przynętą, jak mu się wydawało, może zresztą napastnicy gotowi byli zadowolić

się jej głodową śmiercią? Wszystkie wątpliwości rozwiały się pewnego „ranka”, choć nadal

nie mieli pojęcia, dlaczego ktoś ściga arystokratkę i skąd się wziął.

I kto, na litość wszystkich bogów, pokonał napastników.

To było tuż przed pobudką, gdy większość ludzi spała, a wartownicy lekko już się

rozluźnili. Kenneth znał te objawy i jakoś nie miał do nich pretensji. Tu było inaczej, świat

nie zmieniał się w rytmie dzień-noc, nie było żadnych wskazówek co do upływu czasu, warta

równie dobrze mogła trwać pół godziny, jak i pół nocy. W takich warunkach, gdy od wielu

dni wędruje się pod tym samym niebem, czujność przysypia.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги