Kreda. Och, widział gniew i wściekłość młodego wodza, lecz go to nie obchodziło. Ten Syn

Wojny zbytnio urósł w siłę, za bardzo wysforował się w wyścigu po tytuł Ojca. Byłby jednym

z pierwszych, którzy spróbowaliby sięgnąć po władzę, gdy tylko nad Złotym Namiotem

zawisłaby Złamana Strzała. Jego straty nie były aż tak wielkie, w sumie ze dwa, może trzy

tysiące wojowników, reszta to ranni, których uzdrowiciele postawią na nogi, lecz miną lata,

nim Kyh Danu Kredo odbuduje swój autorytet wystarczająco, by starszyzna plemion

pozwoliła mu poprowadzić się do buntu. Nie trzeba go nawet zmieniać, od dziś Synowski Pas

będzie bardziej krępował mu ruchy, niż dodawał sił.

No i będzie to piękna nauczka dla innych. Nie próbujcie ściągnąć Czarnego Jastrzębia

znad głowy, moi Synowie. Może i ma jedną nogę, lecz szpony w niej są ostrzejsze niż

kiedykolwiek.

Yawenyr spojrzał na stojącą obok niewolnicę. Nie, nie niewolnicę, nie myślał o niej tak

od wielu miesięcy. Od czasu, kiedy jej cudowny, uzdrowicielski dotyk rozwiał w jego umyśle

mgłę starczego zobojętnienia, a mięśniom przywrócił wigor, jakiego nie znały od lat. Gdyby

nie ona, tym wozackim psom być może rzeczywiście udałoby się ich zaskoczyć.

Krew przelaną dzisiejszej nocy ofiaruje jej, podobnie jak zwycięstwo z dnia jutrzejszego.

Zasłużyła.

Wojownicy, którzy mieli iść do pierwszego ataku, przygotowali się starannie. Trzymali

wielkie, wiklinowe tarcze obłożone świeżo zdartą skórą, lekkie drabiny, liny z hakami, które

mieli zarzucać na wozy, żeby je rozsunąć; wiązki faszyny i chrustu, bukłaki i dzbany.

Większość zostawiła łuki, mało przydatne w ciemnościach, zabierając zamiast tego szable,

topory, ciężkie noże, oszczepy i włócznie. Na pikowane kaftany zarzucili pancerze z prażonej

skóry.

Ojciec Wojny uśmiechnął się. Jego ludzie potrafili szybko zamienić się z lotnej konnicy

w zażartą, bitną piechotę. Może nie tak dobrze uzbrojoną i wyszkoloną jak imperialna, lecz

nieustępującą jej odwagą ani zaciekłością.

Machnął ręką i w ciemnościach rozległy się dźwięki piszczałek. Ruszyli.

Obóz Verdanno był widoczny z daleka, bo na wozach paliły się pochodnie. Wyglądał jak

kwiat i chyba tak się właśnie nazywał, a jemu tylko raz przyszło walczyć z karawaną

ustawioną w podobny sposób. To było w czasie pierwszej wojny z Wozakami i skończyło się

wyrżnięciem do nogi wszystkich, którzy znajdowali się w środku. Tylko że tamta karawana

liczyła jakieś sześćset wozów, a ta dziesięć razy tyle.

Dziesięć razy więcej spragnionych gardeł.

Machnął ręką drugi raz, piszczałki poniosły wieść w noc i idący na przedzie oddziałów

szturmowych wojownicy zapalili pochodnie. Po jednej na grupę.

Wokół karawany pojawiały się kolejne ognie. Dziesiątki i setki. Nie wszystkie nieśli

koczownicy z oddziałów szturmowych, ale to też był element gry na strachu wroga. Niech

wiedzą, że idziemy. Niech widzą setki płomyków i zastanawiają się, za którym stoi śmierć, a

który jest niesiony przez pojedynczego człowieka. Niech rozproszą swoje siły wzdłuż całej

linii obrony. Gdy zajmiemy pozycje, wszystkie pochodnie zgasną, pozostawiając naszych

wrogów z sercami ściśniętymi lękiem.

Ogień, uśmiechnął się, oto prawdziwy sprzymierzeniec zdobywców. Niepowstrzymana

siła, która prze naprzód, karmiąc się wszystkim, co zdoła strawić. Widywał już, jak jego

Źrebiarze rozniecali płomienie, które topiły kamień. Tu nie będzie potrzeba aż takiego

wysiłku, drewno, nawet specjalnie zabezpieczone, wciąż pozostaje drewnem.

Ocenił odległości, jakie przebyły jego oddziały. Wystarczy.

Machnął ręką po raz trzeci i piszczałki po raz trzeci poniosły rozkazy w ciemność. W

mgnieniu oka wszystkie pochodnie zgasły.

Zapadła cisza. Całkowita, jakby nawet wiatr skulił się w jakiejś kryjówce, przerażony

tym, co zaraz się zacznie.

Pierwszy atak miał pójść na te mniejsze obozy, rozrzucone wokół głównego obozowiska.

Każdy składał się z kilkudziesięciu wozów ustawionych w zwykły okrąg, z załogą zapewne

nie liczniejszą niż dwustu ludzi. Verdanno mieli za mało czasu, by je okopać jak należy, nie

zdążyli wbić w przedpole zaostrzonych pali ani wykopać rowów, które spowolniłyby atak, a

on nie zamierzał im dać szansy na dokonanie poprawek. Tym bardziej że za dnia szturm na te

obozy byłby trudniejszy, każdy z nich znajdował się w zasięgu strzału dwóch innych i w

zasięgu pocisków z balist, które Wozacy mieli w głównym obozie. Ale nocą... Jeśli cię nie

widzą, nie mogą cię trafić. Poza tym wydał rozkazy, by pomniejsi plemienni szamani, którzy

nie zasłużyli sobie na tytuł Źrebiarzy, robili zamęt w świecie duchów. Czarownicy Verdanno

też się jeszcze nie ujawnili, lecz z pewnością będą teraz czuwać. Całą noc. A zmęczony

czarownik to słaby czarownik.

Zaklaskał trzy razy i w niebo pomknęła zapalona strzała.

Ag saye!!! Ag saye!!! Ag saye waraaaa!!!

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги