Spieszeni koczownicy zaatakowali. W ciemnościach, bez żadnych pochodni i bez
wcześniejszego ostrzeliwania wroga. Widział to już wiele razy, nagły ryk tysięcy gardeł, tupot
stóp, stukot drabin opieranych o burty i...
Jest! Szczęk stali i jęki ludzi. Słyszalne nawet z tej odległości. I odgłos desek rąbanych
toporami. Zgodnie z planem.
I zgodnie z planem, po mniej niż stu uderzeniach serca jego wojownicy odskoczyli.
Wsiąkli w ciemność, zostawiając obrońców zdumionych i zmieszanych. Jak to? Już?
Odparliśmy ich?
W kilkunastu miejscach zapłonęły pojedyncze ogniki, szybko mnożąc się i tworząc spore
grupki. Ukryci za tarczami łucznicy napięli broń i posłali płonące strzały w stronę wozów:
tam, gdzie chwilę wcześniej podłożono wiązki wikliny i suszu i gdzie na burtach wozów
zawieszono bukłaki wypełnione olejem i stopionym bydlęcym łojem.
Ogień, rodzony brat matki wojny.
W kilkudziesięciu miejscach burty zapłonęły. Z początku niechętnie, zwłaszcza tam,
gdzie okręgi tworzyły wozy bojowe, ale w końcu to nie one miały się palić. Głównym celem
były kręgi z wozów mieszkalnych. Chrust i susz podłożony pod nie, polany olejem, miał
swoją chwilę. Zgodnie z planem podpalali każdy krąg w trzech, czterech miejscach naraz, by
rozproszyć siły obrońców. Po kilku chwilach płomienie strzelały na kilkanaście stóp w górę,
zmuszając Wozaków do chowania się i rozświetlając pole bitwy złotym blaskiem.
Z tuzina okręgów aż siedem postawiono ze zwykłych wozów mieszkalnych i
transportowych, Verdanno nie mieli dość pojazdów bojowych, by zabezpieczyć się jak
należy. Tam ogień szalał najbardziej, przerzucając się z deski na deskę i rosnąc w oczach.
Obrońcy próbowali go gasić, lali wodę, sypali ziemię, zarzucali na burty jakieś szmaty.
Daremnie. Podpałki koczowników, gdy się już zajęła, nie dało się ugasić byle czym, zresztą
teraz wozy były doskonale oświetlone i każdy obrońca, który choć na mgnienie oka wystawił
głowę poza burtę, musiał się liczyć z tym, że dostanie strzałę.
Starzec uśmiechnął się lekko. Prawie znów to poczuł, ten dreszcz zwycięstwa muskanego
końcem palców, to uczucie, gdy siedzisz w siodle na czele stutysięcznej armii, a wróg – już
prawie rozbity – czeka tylko na ostateczny cios. Choć na razie była to tylko namiastka
triumfu, prawdziwe zwycięstwo nadejdzie jutro, gdy zapłoną wszystkie wozy, a łupy zostaną
usypane w sterty wysokie na trzydzieści stóp. A przed tym nastąpi ta chwila, tuż przed
atakiem na serce obozu, gdy już nic i nikt nie odbierze mu zwycięstwa, chwila słodsza nawet
niż późniejszy widok stosu wrogich głów przed sobą.
Na razie jednak musiał się zadowolić tym, garścią dopalających się wozów i
przerażeniem, z jakim ich załogi czekały na nieuniknione.
A nieuniknione nadeszło w chwili, gdy większość płomieni zaczęła przygasać. Se-
kohlandczycy poderwali się do szturmu na osłabione konstrukcje. Uderzali tylko tam, gdzie
ogień poczynił największe szkody, szturm szedł na kręgi zbudowane z wozów mieszkalnych,
gdzie płomienie wygryzły w drewnie wielkie dziury. Yawenyr nie potrzebował oczu, żeby to
zobaczyć, tysiące stóp uderzających o ziemię, liny z hakami zarzucone na dopalające się
resztki, wyrwy w linii obrony. I garść przerażonych wozackich buntowników, stających do
ostatniej, beznadziejnej walki. W ciemnościach pochłonęła ich fala jego wojowników.
Wnętrza atakowanych obozów wypełniły się szczękiem broni i wrzaskami ludzi.
* * *
Ogień. Tego należało się spodziewać. Emn’klewes Wergoreth patrzył na płonące wozy.
Mieli za mało czasu, by przygotować je do walki jak należy. Na Grzywę Laal! Nawet
zwykły wóz mieszkalny mógł się stać częścią niezdobytej twierdzy, jeśli jego załoga miała
dość czasu. Zewnętrzne ściany i dach obkładano świeżo zdartą skórą bydlęcą lub mokrymi
pikowanymi pancerzami ściągniętymi z końskich grzbietów, podsypywano pod ich spód
ziemię, a przed frontem wbijano zaostrzone pale. Tylko że koczownicy nie dali im na to
czasu. Ledwo zdążyli ustawić formację. Zresztą nie mieli ani dość bydła, by pokryć wszystkie
wozy skórami, ani dość wody, by chronić je namoczonymi kapami. Liczyli na to, że noc
pozwoli im wykopać rowy, powbijać pale i przygotować się do obrony.
Podobne prace trwały przed głównym obozowiskiem, więc w pewnym sensie
poświęcenie obrońców zewnętrznych obozów nie poszło na marne. Mimo wszystko, jak już
policzył, w pierwszym ataku stracili cztery Liście, w drugim kolejne trzy. W pasie śmierci,
który miały tworzyć wokół Martwego Kwiatu, powstały szerokie wyrwy. Emn’klewes
wyraźnie widział miejsca, gdzie wróg będzie mógł przypuścić szturm na główny obóz, nie
obawiając się ostrzału z flanki.
Świt – tego był już pewien. Uderzą o świcie.
– Pamiętaj, z kim się mierzysz.
And’ewers wyrósł obok niego tak nagle, jakby zrodziła go ciemność.