– Pamiętam. Mimo wszystko liczyłem, że Liście utrzymają się do świtu. Za dnia

moglibyśmy spróbować wycofać z nich część ludzi.

– Zostali tam sami ochotnicy. Sądzisz, że nie wiedzieli, co ich czeka?

– Wiedzieli. A jednak...

– Teraz wiemy, że on tam na pewno jest. Poznaję tę śmiałość... Jednonogi Ptak, Lis

Stepów, Piorun Gallega. I jest sobą. Nie zniedołężniałym starcem chowającym się w

jedwabnych ścianach Złotego Namiotu, ale tym samym sukinsynem, który podbił Stepy, nas i

prawie rzucił Imperium na kolana.

– Mówisz to, żeby złamać we mnie ducha?

Było ciemno i jeden nie patrzył na drugiego, więc posługiwali się zwykłym anaho.

Takim, w którym znaczenia słów trzeba się czasem domyślać z intonacji i kontekstu.

– Przyjacielu – to było dziwne „przyjacielu”, prawie rzewne, cholernie niepasujące do

kowala – twój duch jest wielki jak zad Białej Klaczy i twardy jak Jej Kopyta. Nie da się go

złamać. Rozmawiałem z ludźmi, cieszą się, że to ty dowodzisz. Są gotowi na walkę z

Yawenyrem i wiedzą, że pod twoim dowództwem zatrzymamy go tu dzień, dwa, a nawet trzy

dni, jeśli będzie trzeba. Będziemy racjonować wodę dla koni, a sami pić własne szczyny. A

potem, kto wie, może przybędą następne obozy, a może i sam Laskolnyk na czele dwudziestu

tysięcy konnych. Łaska Pani Stepów jest kapryśna.

– Łaska Pani Stepów nic mnie nie obchodzi. Jeśli chce pomóc, niech sprowadzi nam

deszcz, najlepiej taki dziesięciodniowy, żeby musieli atakować tylko pieszo, a ogień nie mógł

spopielić nawet źdźbła trawy. Albo niech da nam te dwadzieścia tysięcy konnych. A jeśli nie

chce pomóc, to niech się stąd zabiera, żebym umierając, nie słyszał tętentu Jej kopyt.

Nie patrzył na And’ewersa, więc usłyszał tylko ciche parsknięcie.

– Odważne słowa. Znam takich, którzy mieliby ci je za złe.

– A ja takich, którzy by mi przytaknęli.

Zapadło milczenie. Formalnie kowal stał już w hierarchii niżej od Emn’klewesa,

powinien trzymać się z dala od pierwszej linii, by móc objąć dowodzenie, gdy karawana

znów ruszy. Co tak naprawdę znaczyło, że nie miał już żadnej roli do odegrania w życiu

obozu New’harr. Ale tylko głupiec zlekceważyłby jego doświadczenie.

– To nie ma znaczenia – Boutanu przerwał ciszę. – A jutro dowiemy się, jak daleko są

nasi.

– Hm... A w jaki sposób?

– Jeśli te kozojebne brudasy zaatakują szybko i z pełną siłą, to znaczy, że są blisko. Jeśli

nie będą się spieszyć, wtedy pozostałe obozy są wciąż daleko albo już je rozbito. Pamiętaj, że

nie wiemy, gdzie jest jeszcze trzech Synów Wojny.

– Daleko.

– Skąd wiesz?

– Bo gdyby Yawenyr ufał, że sobie poradzą, nie zjawiłby się tu osobiście. Nie. Będzie

chciał dowodzić każdą bitwą sam, żeby sława spłynęła tylko na niego. A zaatakuje szybko,

żeby nas złamać już jutro, i użyje do tego Sahrendey.

Sahrendey. Cały dzień stali na uboczu i teraz wiadomo już było dlaczego. Ojciec Wojny

trzymał ich do głównego szturmu. W którym nikt nie będzie brał jeńców.

– Znam takich, którzy już się nie mogą doczekać spotkania z nimi.

Kowal pokazał mu dłoń zaciśniętą w pięść. Najprostszy ze znaków anaho’la. „Stoimy”.

Tak, stoimy i czekamy, bo po tę walkę tu przyjechaliśmy. Nie ma co więcej gadać.

– Co mówią czarownicy? – zapytał zamiast tego.

– Jak to czarownicy. – And’ewers wzruszył ramionami. – Bełkoczą coś bez sensu.

Wiedzą, że szamani Yawenyra gdzieś tam się szykują do boju, ale jak na razie ponoć nie

wygląda to zbyt groźnie. Sądzę, że prawdziwi Źrebiarze uderzą jutro, gdy się wyśpią. Poza

tym Has i Orne bez przerwy krążą przy południowym krańcu obozu. Mówią coś o

zgromadzeniu duchów, które nie powinno mieć miejsca, albo odbywa się w złym miejscu.

Wyglądają jak para wychudzonych chartów, które złapały dziwny trop i nie wiedzą, rzucić się

naprzód czy uciekać.

– Każ im iść spać. Jesteś chyba jedynym człowiekiem, którego słuchają.

– Dobrze.

Kowal odwrócił się i zrobił kilka szybkich kroków w noc.

– Przykro mi z powodu Fer’boneha – dobiegło jeszcze z mroku.

Tak. Fer’boneh. Oczy po matce, sylwetka po ojcu. Sam zgłosił się do jednego z Liści i nic

nie mogło go powstrzymać. A teraz resztki wozów dopalały się w miejscu, gdzie służył.

Emn’klewes miał ochotę coś odwarknąć, lecz w ustach kogoś, kogo dwaj synowie

walczyli właśnie w jednym z zewnętrznych obozów, to „Przykro mi” brzmiało szczerze.

W ciemnościach niecki zapalały się ogniki. Koczownicy szykowali następny atak.

* * *

– Pros... poszę, poszę, possss...

To był pisk, cichutki jak mysie konanie. Więcej nie mogła z siebie wydobyć. Bolało, lecz

już nie tak jak wcześniej, ból wypełniał ją całą i w pewnym sensie tak było lepiej, bez ognisk

cierpienia, walki o każdy oddech. Lecz była tak słaba, że nawet mrugnięcie okiem stawało się

nie lada wyczynem.

Kołysała się łagodnie, podnosząc jeszcze czasem głowę, choć starszy ze strażników już ją

ignorował. Właściwie nie widziała zbyt wiele, Martwy Kwiat otaczały przez pewien czas

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги