wiosce sto lat wcześniej, tego nie sposób pojąć. Otworzyła na pierwszej stronie.

„Aamne Małe – osiemdziesięciu siedmiu ludzi”. Tylko tyle, żadnego wstępu czy tytułu,

najwyraźniej księga stanowiła kontynuację długiej linii poprzedniczek.

Poniżej, jak w jakimś wojskowym rejestrze, widniała tabela z wymienioną liczbą chałup,

stajni i obór, wielkością pól i pastwisk oraz przypisanych do nich chłopów i pasterzy. Było

nawet osobne miejsce dla kogoś, kto nazywał się Harilol Sanwe i pełnił funkcję wioskowego

zamawiacza, leczącego choroby zarówno zwierząt, jak i ludzi. I półroczne sprawozdania, ten

zmarł, tu urodziło się dziecko, to pole zostawiono odłogiem, ta rodzina wypowiedziała

dzierżawę i wyprowadziła się do pobliskiego miasta, tu przyjęto parobka na służbę... Cywras-

der-Maleg rzeczywiście potrafił policzyć pracujących dla niego ludzi niemal co do głowy.

Naliczyła osiemnaście obszernych podsumowań, dziewięć lat wstecz. W tym tempie za

mniej więcej sześć lat księgę trzeba będzie wymienić na nową.

Przewróciła stronę.

„Czehran – tysiąc pięćset osiemdziesięciu trzech ludzi”.

Czehran musiał być miasteczkiem, o czym świadczyła nie tylko ilość mieszkańców, ale

też to, że w tabelkach zamiast obór i stajni figurowały warsztaty, kuźnie, sklepy i składy

kupieckie, a ludzie zostali podzieleni na garncarzy, tkaczy, farbiarzy, kowali, bednarzy,

strażników miejskich, a nawet kobiety do towarzystwa, jak to skrupulatnie zapisano. Jeśli te

księgi służyły pobieraniu czynszów i opłat, to hrabiemu żaden pieniądz nie śmierdział. Tutaj

też odnotowywano zgony, narodziny, wyprowadzki, pojawienie się nowych rąk do pracy,

otwarcie kolejnego sklepu. Najwyraźniej Czehran było klejnotem na ziemiach rodu der-

Maleg.

Lecz niestety, jednym z nielicznych. Kailean przewertowała szybko księgę, na pierwszy

rzut oka osad, miasteczek czy nawet wiosek powyżej dwustu głów hrabia miał ledwo

kilkanaście. Kalonwee, Czehran, Małopas, Wetthen Wysokie to największe z nich. Resztę

stanowiły wioseczki mniejsze nawet niż Aamne Małe. Do pięćdziesięciu ludzi.

Ostatnich kilkanaście stron wypełniały informacje na temat zbrojnych na służbie

hrabiego, takie jak „wieża na Dwóch Zębach – ośmiu ludzi pod dowództwem Fysadera-net-

Lewosha”. I informacje poniżej, jeden odszedł, innego przeniesiono do służby w mieście,

któryś złamał nogę i został wydalony, przyjęto dwóch nowych.

Widok tych karnych, równiutkich tabelek musiał radować dusze wszystkich wojskowych

przodków hrabiego.

Poświęciły kilka kwadransów na przeglądanie księgi, wreszcie Kailean się poddała. To

nie miało najmniejszego sensu. Te wszystkie liczby i notatki mówiły wiele o właścicielu

pobliskich ziem, ale nic o rozgrywających się tu wydarzeniach.

– Odniosę ją na miejsce. – Sięgnęła, by zamknąć okładkę.

Daghena wsunęła dłoń między strony.

– Czekaj, sprawdzam coś.

– Co?

– Patrz, tu. – Palec „księżniczki” wskazał na jedną z linijek. – Jeśli się nie mylę, to ta

grypa sprzed sześciu lat, prawda?

Przewróciła stronę.

– I tu, i tu, i tu, i tutaj też. To wpis z wczesnej wiosny, więcej ludzi umarło, niż urodziło

się dzieci, widzisz? Czyli choroba przyszła zimą.

– Besara wspominała o jakiejś grypie czy innej zarazie. I byłabym bardzo zdziwiona,

gdyby grypa przyszła w pełni lata.

– Wiem. Czytaj, bo ja ledwo sylabizuję. Tu...

– Zmarł ojciec.

– I tu...

– Dwóch parobków i gospodyni...

– I tu...

– Mistrz ciesielski z najstarszym synem... – Daghena przewracała kolejne strony i

wskazywała miejsca w tabelach. – Wójt Starych Dołów... Trzech pasterzy z... dwoje dzieci

młynarza... pierworodna córka, ślub odwołano... jeden strażnik z załogi wieży... kapłan

Najwyższej Pani... czeladnik szewski... Zabieraj ten palec i mów, o co ci chodzi. Ludzie

umierali na jakąś ciężką grypę. Zdarza się, przez Lithrew też trzy lata temu przewaliło się

choróbsko, które posłało do Domu Snu ze dwadzieścia dusz. Mała Matti, synek Bengelowej,

trójka dzieci rymarza, stara matka Aandursa. Żadna nowina.

Daghena pokiwała głową, sięgnęła po woreczek, w którym trzymała kości babki,

zacisnęła go w dłoni.

– To było coś innego – mruknęła. – Zgadałam się o tym z Kocimiętką, choroba zabrała w

Lithrew tuzin dzieci i ośmioro dorosłych, z czego sześciu było już jedną nogą na drodze do

Domu. Umarły tylko dwie osoby w pełni sił. U nas w plemieniu, gdy pojawia się jakaś zaraza,

silni mężczyźni i kobiety najczęściej zdrowieją. Bo choroby zazwyczaj zabijają najpierw

starców i dzieci, potem dopiero dorosłych. A ile dzieci naliczyłaś w tej księdze? Ilu starców?

Mam wrażenie, że ta grypa zabijała tylko młodych i silnych. Szczury musiały być ślepe, że to

przegapiły.

Kailean słuchała jej jednym uchem, przewracając karty i porównując zapisy.

Rzeczywiście, wśród tych, którzy zmarli tamtej zimy, przeważali ludzie młodzi lub w pełni

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги