wizji, jaką zaprezentowały jej duchy zamordowanych strażników, ustaliły, że każdy, kto ma
bliski kontakt z narzeczoną Aeryha, jest podejrzany. A gdy zjawia się w środku nocy z
oczami zmrużonymi w wąziutkie szparki i dłońmi schowanymi za plecami, zmienia się w
potencjalnego wroga.
– Ktoś chodził nocą po zamku. – Służąca mówiła dokładnie w ten sam sposób, w jaki
odezwała się wtedy, na wieży. Spokojnie, bez emocji, oznajmującym tonem. – Ktoś grzebał w
nie swoich sekretach.
Dag oderwała się od stolika, swobodnie podeszła do toaletki. Podniosła ciężkie lusterko z
polerowanej stali i przejrzała się demonstracyjnie.
– Zamierzałam pójść do łóżka Inro. Możesz zamknąć drzwi.
– Panienkę trzeba chronić. Także przed tymi, których zdaje się darzyć sympatią.
Przysięgałam.
Kobieta opuściła swobodnie ręce, a Kailean poczuła, jak mimowolnie obnaża zęby i
marszczy nos. Z dłoni przybyłej kapała ciemność. Wijące się wężowym ruchem smugi
spływały w dół i znikały w kamieniach posadzki.
– To ty zabiłaś strażników na wieży?
Służąca zdawała się jej nie słyszeć.
– Tyle cykli się ukrywamy. Tylu wiernych zginęło. Oni są coraz bliżej, ale jest jeszcze
szansa.
– Na co?
Nie doczekała się odpowiedzi, tylko nagle coś dotknęło jej stopy i popłynęło wrzącą
smołą wzdłuż kości. I w mgnieniu oka Berdeth przejął kontrolę. Skoczyła w górę, odrywając
się od atakujących od posadzki smug, opadła na stolik, przykucnęła, zawarczała. Z najwyższą
trudnością odzyskała panowanie nad własnym ciałem. Próba rzucenia się i wgryzienia tej
kobiecie w gardło raczej nie była dobrym pomysłem.
– Więcej. Jest was więcej.
Dag odwróciła się z dziwnym uśmiechem.
– O wiele więcej, niż myślisz.
Duchy zatańczyły wokół niej, śmiejąc się i ciągnąc za sobą smugi Mocy.
– Zabawimy się, jeśli tego właśnie szukasz – dodała.
Krzyk, który nagle rozdarł nocną ciszę, nie przypominał niczego, co może wydać z siebie
ludzkie gardło. Zaraz dołączył do niego kolejny.
Kailean wstała, wskazała na okno.
– Ktokolwiek was ściga, właśnie przybył, moja droga.
* * *
Cztery krótkie sygnały rogu obwieściły koniec pracy. Trzy dni i trzy noce, tyle zajęło
Wozakom przebicie się przez górę. Długi prawie na milę tunel wykonali w czasie, jaki
zwykłym kopaczom, uzbrojonym w kilofy i łomy, zajęłoby ledwo poszerzenie wejścia. Ale
zapłacili za to wysoką cenę.
Has wyglądał jak chodzący trup, skóra pokrywająca jego czaszkę i dłonie stała się
półprzezroczysta i lśniła nieprzyjemnym, woskowym połyskiem, oczy zapadły się,
zmatowiały, włosy wychodziły garściami.
Gdy Kenneth w końcu go zobaczył, przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć.
– Zamierzałeś się zabić, czarowniku?
Blade wargi wygięły się w parodii uśmiechu. Has zakasłał.
– Trudno... khe, khe.
Zwykły kaszel przeszedł nagle w potężne, suchotnicze rzężenie, które trwało tak długo,
aż wydawało się, że czarownik nie odzyska już oddechu. Towarzyszące mu dziewczęta
zakrzątnęły się raz-dwa, jedna wyjęła z garnka gorący okład, rozchyliła czarną szatę na piersi
mężczyzny – Kenneth zgrzytnął zębami, widząc każde żebro prześwitujące przez skórę – i
położyła na mostku parującą ściereczkę, druga nabrała jakiegoś ciemnego płynu do
drewnianego kubka i czekała cierpliwie, dopóki atak nie ustanie. Gdy tylko kaszel przycichł,
przyłożyła mu naczynie do ust i wbrew słabym protestom, zmusiła do pociągnięcia kilku
łyków. Has wyraźnie poczuł się lepiej.
– Widzisz, poruczniku, trudno mi będzie umrzeć, bo te nieustępliwe bestie przemocą
trzymają mnie przy życiu.
Jedną z bestii była średnia córka kowala, drugą – młodsza. Has odpoczywał w wozie
And’ewersa, który wziął na siebie ciężar postawienia go na nogi. Dziewczęta nie wyglądały
na specjalnie przytłoczone obowiązkami.
– Idźcie już. – Czarownik machnął ręką. – Zostawcie mężczyzn męskim sprawom.
– Jak dłubanie w nosie i puszczanie bąków. – Starsza z nich pogroziła leżącemu palcem.
– Nie ma mowy. Orne zagroziła, że jeśli spuścimy cię z oka, sprawi, że wyrosną nam ogony.
– Tak. – Młodsza uśmiechnęła się ładnie. – A z ogonami trudno się siedzi na koźle.
Ojciec musiałby wypiłowywać otwory w deskach. To kłopot.
Has mrugnął do Kennetha.
– Widzisz, popisują się. Inaczej nie rozmawiałyby przy tobie po meekhańsku.
Obie jednocześnie wzruszyły ramionami.
– To gość – wyjaśniła starsza.
– To nieładnie przy gościu rozmawiać w języku, którego nie rozumie. Poza tym musisz
szybko nabrać sił.
– Bo?
– Orne chce z tobą porozmawiać.
Has przestał się uśmiechać, oklapł.
– Ech. Poniosło mnie, to prawda. Przez kilka chwil wydawało mi się, że jestem
wszechmocny...
Kenneth wiedział już, co było przyczyną takiego stanu czarownika. To on, jako
najbardziej uzdolniony w kontrolowaniu wody i kruszeniu skał, stał się kanałem dla Mocy
czerpanej przez resztę szamanów swojego obozu. Meekhańscy czarodzieje rzadko korzystali z