sił. Być może Szczurza Nora nie prowadziła takich rejestrów, więc nie miała jak połączyć
faktów. Szczury wiedziały tylko, że przez Olekady przewaliła się wyjątkowo zjadliwa
choroba, która zabrała więcej ludzi niż zwykłe jesienne i zimowe przeziębienia, zapalenia
płuc i gorączki. Ale nie była to epidemia na skalę, która zmusiłaby Wywiad Wewnętrzny do
ściągania pomocy z zewnątrz, i na dodatek sama wygasła.
Tyle tylko że była bardzo podejrzana.
Daghena wciąż ściskała woreczek w ręku i gapiła się w przestrzeń niewidzącym
wzrokiem. Albo się zamyśliła, albo rozmawiała z babką.
– Kto przyniósł chorobę? – wychrypiała wreszcie takim głosem, że Kailean aż się skuliła.
– Kto sprawił, że w tylu różnych miejscach ludzie zaczęli umierać?
Berdeth poruszył się w jej wnętrzu i nagle zobaczyła. Po przeciwnej stronie stołu,
trzymając jej przyjaciółkę za rękę, siedziała stara, pomarszczona jak wyschnięte jabłko
kobieta. Miała kości policzkowe Dagheny i siwe włosy, a jej usta poruszały się do wtóru słów
padających z ust wnuczki.
– Choroby – chrypiała dalej Daghena – nie biorą się z niczego, a ta sama choroba,
zabijająca w ten sam sposób w różnych miejscach, musi mieć to samo źródło.
– Ktoś... – Kailean musiała przełknąć ślinę, żeby powiedzieć coś własnym głosem. – ...
ktoś ją rozniósł. Kupcy, poborcy podatków, wędrowni muzykanci.
– Zimą? Przy zasypanych szlakach, na które wyruszają niechętnie nawet górscy
żołnierze? Góry zawsze były miejscem, gdzie zarazy zwalniają albo wygasają.
Och, to było to. Jeszcze nie odpowiedź, ale przynajmniej sensownie zadane pytanie. Kilka
lat temu przez te okolice przewaliła się dziwna choroba. Kto ją wywołał i jak rozniósł w
środku zimy?
Daghena westchnęła i zawiesiła woreczek na piersi.
– Babka chciała ci się pokazać – stwierdziła wyraźnie zdumiona. – To wielki zaszczyt.
Najwyraźniej cię lubi.
Posrukała palcem w otwartą stronę.
– I co teraz? Nie wiem, czy dowiedziałyśmy się czegoś ważnego.
– Właśnie coś mi przyszło do głowy. – Kailean sprawdzała ostatnie zapisy. – Patrz, tu
powyżej zapisano „zabity przez zbójców”, „zginął przywalony drzewem”, „utonął w stawie”.
A to zapisy z tej wiosny. „Poraniony przez niedźwiedzia, zmarł”, „zamarzła na śmierć”,
„porwany przez lawinę”. Widzisz? Pomóż mi szukać!
– Czego?
– Zapisków o morderstwach i zaginięciach, które trapią okoliczne ziemie. Patrz – znalazła
odpowiednią stronę – tu jest napisane „wieża przy drodze do zamku Kehloren”. I masz na
dole – „sześciu ludzi pod dowództwem Oleasa Greha”. I nic więcej, żadnego wpisu, że załoga
została zabita. Jakby hrabia był przekonany, że oni żyją i mają się dobrze. Czy on
kiedykolwiek wspomniał, że coś dzieje się na jego ziemiach? Nie. Poskarżył się, że Górska
Straż nie zapewnia bezpieczeństwa? Nie. Narzekał na jej dowódcę?
Daghena patrzyła na nią, mrużąc oczy.
– Nigdy. Ani razu. Myślałam, że to też część meekhańskiej tradycji, wiesz, nie mów nic,
co mogłoby zmartwić gościa. Ale – zaczęła ostrożnie – chyba nie sądzisz, że on nie wie...?
– Ani on, ani nikt z jego rodziny. Cholera, a pamiętasz pierwszy dzień? Aeryh wracał z
jakiejś wycieczki, pamiętasz? Tutaj jest tylko ze dwudziestu zbrojnych, więc jemu
towarzyszyło nie więcej jak kilku z nich. Czy hrabia pozwoliłby swojemu dziedzicowi na
takie wyprawy, jeśli wiedziałby, że w okolicy nawet oddziały Górskiej Straży nie mogą czuć
się pewnie? A Wozacy? Wyruszyli, ile? Sześć, siedem dni temu. Hrabia milczy w tej sprawie,
a powinien wiercić ci dziurę w brzuchu. On nie wie. Ten arogancki bękart żyje we własnym
świecie i w ogóle nie ma pojęcia, co się wokół niego dzieje.
Spojrzały na siebie. Czy to była podstawa do interwencji Szczurzej Nory? Z pewnością.
Ktoś używał potężnych czarów przeciw staremu, arystokratycznemu rodowi. Czarów, które
mamiły pamięć, wpływały na posiadaną wiedzę i sprawiały, że hrabia żył całkowicie
nieświadomy niebezpieczeństwa.
Jeśli to prawda, to Cywras-der-Maleg był ofiarą. A to, co działo się w górach, mogło być
w równym stopniu skierowane przeciw niemu, co służyć odwracaniu uwagi Górskiej Straży.
– Zabieramy księgę do Besary. Niech zdecyduje, co z tym zrobić.
Właściwie nie miały innego wyjścia. Ich wizyta kończyła się pojutrze i raczej nie było
szans na ponowne przedłużenie zaproszenia.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie, a Kailean prawie podskoczyła, bo nikogo wcześniej
nie usłyszała ani nie poczuła. Ale wstała spokojnie i stanęła przodem do wejścia, zasłaniając
księgę.
– Dość późno jak na...
Miała zamiar rzucić jakiś złośliwy komentarz, ale słowa ugrzęzły jej w ustach. W
drzwiach stała kobieta ubrana w strój służącej, a jej twarz przez chwilę wyglądała obco, nim
wreszcie Kailean ją skojarzyła.
– Sainha Gemhel – przypomniała sobie. – Osobista służąca panienki Laiwy.
Powiedziała to na głos, nie tylko dla potwierdzenia faktu, ale też by ostrzec Daghenę. Od