takiego rozwiązania, bo aspekty, których używali, musiałyby być pokrewne, takie same albo
przynależące do jednej Ścieżki. A trudno zebrać w jednym miejscu grupę magów o
zbliżonych talentach. Jednak najważniejszym powodem było to, że przepływająca Moc
obciążała organizm czarodzieja jak potężny wysiłek fizyczny. Pękały naczynia krwionośne,
odkształcały się stawy, zanikały mięśnie. Po kilku godzinach, a czasem po kilku
kwadransach, człowiek wyglądał jak skazaniec z kopalni złota wypuszczony po
dziesięcioletnim wyroku.
Każdy czarownik miał własne ograniczenia i jeśli korzystał z ciała jak z tunelu, przez
który może przepłynąć Moc czerpana przez innych, ryzykował, że go to zniszczy. Lecz i
efektem ubocznym takiego stanu było złudne poczucie wszechmocy. A to kusiło bardziej niż
najmocniejsza używka. Czary, które wcześniej wymagały całkowitej koncentracji,
przychodziły łatwo, Moc, czerpana do tej pory z mozołem, zdawała się na wyciągnięcie ręki.
Zdarzało się, że ktoś zatracał się całkowicie w takiej sytuacji i korzystał z niej, póki jego
kości nie zaczęły się łamać pod ciężarem ciała, a płuca i jama brzuszna nie wypełniły krwią.
Podobno Hasowi brakowało tylko kilkudziesięciu uderzeń serca, nim siostra wyciągnęła
go z tunelu siłą. Orne była wściekła. Kenneth niemal z nią nie rozmawiał, ale gdy się
niedawno mijali, trawa wokół czarownicy usychała i unosiły się z niej smużki dymu.
Nieomylny znak, że ledwo kontroluje wybuch gniewu.
– Zachowałeś się jak głupiec – zaczął. – Co cię opętało?
Has uśmiechnął się słabo.
– Przez ostatnie dwadzieścia lat musiałem tłumić swoje umiejętności. Ukrywać się, nie
rzucać w oczy. Imperium ma swój Wielki Kodeks i nawet jeśli na Wschodzie nie przestrzega
go zbyt pilnie, to tylko głupiec sprawdzałby, jak daleko można się posunąć w jego naginaniu.
Na Stepach wszyscy wiedzą, kto jest czarownikiem i szamanem, ale dopóki nie obnosisz się z
umiejętnościami, dopóty zostawiają cię w spokoju. Byłem jak... byłem jak zbyt długo napięty
łuk. Gdy wreszcie mogłem sięgnąć po prawdziwą Moc, gdy duchy wody i chłodu zatańczyły
dla mnie...
Przerwał, wpatrując się uważnie w twarz oficera, a Kenneth musiał się bardzo starać, by
się nie uśmiechnąć.
– Tak – czarownik pokiwał głową – zachowałem się jak głupiec, ale kto nie czuł, nie
widział tańca wody i lodu, ten nie zrozumie...
Porucznik westchnął, usiadł przy łóżku i z wahaniem spojrzał na opiekunki Hasa.
– Czy mogłybyście zostawić nas na chwilę samych? Tylko na chwilę.
Wymieniły spojrzenia, jakieś gesty.
– Tylko go nie zagadaj na śmierć.
– Będę mało mówił.
– Nie ciebie miałam na myśli, żołnierzu. – Starsza uśmiechnęła się łobuzersko, po czym
obie ukłoniły się i wyszły.
Kenneth poczekał, aż zamkną drzwi.
– Zmieniły się.
– Kto, one? Dorastają. Nee’wę trzeba będzie wkrótce wydać za mąż, bo swoim językiem
doprowadza wszystkich do szału, ale w rodzie jest jeszcze Ana’we – Pierwsza, i to ona
powinna najpierw założyć ślubny wieniec. Ale ojciec kręci nosem na wesele w czasie
bitewnego marszu, i ma rację, dziewczyna może tego samego dnia powitać mężczyznę w łożu
i pożegnać go w ziemi.
– Roztrajkotałeś się, Has. Nie o tym mówię. Kiedy je pierwszy raz spotkałem, nie
odezwały się ani słowem, nawet na mnie nie spojrzały, a teraz zachowują się, jakbyśmy byli
dobrymi znajomymi.
Czarownik popatrzył na niego uważnie, mrużąc powieki.
– Nic nie zauważyłeś? Twoi ludzie też nie?
– Nie zauważyłem czego?
Has mlasnął, wykrzywił się i nagle oczy mu zabłysły.
– Doprowadziliście nas tutaj, przez połowę gór, przez lasy, hale, szczyty i granie. Wy,
nikt inny. Twoja kompania. Gdy zaczynaliśmy, byliście po prostu oddziałem żołdaków
Cesarza, którym nie bardzo można ufać, bo służą za pieniądze i zasłaniają się rozkazami.
Wielu nie wierzyło, że można wam powierzyć los karawany. Gdybyście wtedy weszli między
wozy w jednym z obozów, w najlepszym razie wypędzono by was na zewnątrz.
– A w najgorszym?
– Stratowałby was spłoszony tabun koni. Na Wschodzie kilku poborcom podatków
zdarzyły się takie nieszczęścia, gdy zbyt głęboko wtykali nosy w nie swoje sprawy. Ale wy
jesteście inni, niż wielu myślało, idziecie przodem, wspinacie się na skały, szukacie pułapek i
zasadzek, wychodzicie na czoło nawet w nocy, nie skarżycie się, nie oglądacie za siebie. Dziś
moglibyście wejść do każdego wozu w każdym obozie, dosiąść się do stołu, a gospodarz bez
słowa postawiłby przed wami talerz i osobiście go napełnił. Staliście się naszymi górskimi
– Nie wiem, co to znaczy, ale mam nadzieję, że nie musimy się wstydzić?
– And’ewers to
Ale wąż nie posługuje się oczyma do rozpoznania drogi, wąż bada ją językiem, wącha,
smakuje szlak, którym ma zamiar pełznąć.