To znaczy, że jednak żyjemy.
— Umiem — odparł Gaj.
— No to w drogę.
Gaj ostrożnie wstał, oczekując ostrego bólu w zmaltretowanym i połamanym ciele, ale ciało okazało się w porządku. Bombowiec łagodnie kołysał się na niskiej fali. Lewego skrzydła nie miał, prawe trzymało się jeszcze na płacie dziurkowanej blachy. Wprost przed dziobem był brzeg — widocznie podczas wodowania samolot gwałtownie wykręcił.
Maksym podniósł automat, zarzucił go na ramię i otworzył drzwiczki. Do kabiny natychmiast zaczęła wlewać się woda, okropnie zaśmierdziało benzyną, podłoga zaczęła się wolno przechylać.
— Naprzód! — zakomenderował Maksym i Gaj, przecisnąwszy się obok niego, posłusznie chlupnął do wody.
Zapadł się z głową, wynurzył się i plując wodą popłynął do brzegu. Brzeg był blisko, twardy brzeg, po którym można chodzić i na który można przewracać się, podać bez niebezpieczeństwa utraty życia. Maksym, bezszelestnie rozcinając wodę, płynął obok niego. Massaraksz, on nawet pływa jak ryba, jakby urodził się w wodzie… Gaj, sapiąc i parskając, ze wszystkich sił pracował rękami i nogami. Płynąć w kombinezonie i butach było bardzo ciężko, więc ucieszył się, kiedy zaczepił nogą o piaszczyste dno. Do brzegu był jeszcze kawał drogi, ale stanął i poszedł, rozgarniając przed sobą brudną, zalaną plamami oleju wodę. Maksym płynął nadal, wyprzedził go i jako pierwszy wyszedł na niski piaszczysty brzeg. Kiedy Gaj, zataczając się, podszedł do niego, stał na szeroko rozkraczonych nogach i patrzył w niebo. Gaj też popatrzył w niebo. W niebie rozpływało się mnóstwo czarnych kleksów.
— Mieliśmy szczęście — mruknął Maksym. — Było ich z dziesięć sztuk.
— Czego? — zapytał Gaj, wytrząsając sobie z ucha wodę.
— Rakiet… Zupełnie o nich zapomniałem. Ileż to lat czekały, aż przylecimy i wreszcie się doczekały. Że też się nie domyśliłem!
Gaj pomyślał z niezadowoleniem, że też mógł się tego domyślić, a jednak się nie domyślił. A mógł przecież jeszcze dwie godziny temu powiedzieć: jak niby mamy lecieć, Mak, kiedy w lesie jest pełno szybów rakietowych? Nie książę— hrabio, dziękujemy za dobre chęci, ale lepiej niech pan sam lata swoim bombowcem… Popatrzył na morze. „Orzeł Górski” już niemal całkiem zatonął i tylko jego etażerkowaty ogon sterczał z wody.
— No dobra — powiedział Gaj. — Wygląda na to, że do Imperium Wyspiarskiego teraz się nie dostaniemy. Co zrobimy?
— Przede wszystkim — odpowiedział Maksym — zażyjemy lekarstwo. Wyjmuj.
— Po co? — zapytał Gaj, który bardzo nie lubił książęcych pigułek.
— Bardzo brudna woda — odparł Maksym. — Cała skóra mnie pali. Łykniemy sobie od razu po cztery albo nawet po pięć sztuk.
Gaj pospiesznie wydobył słoiczek, wysypał na dłoń z dziesięć żółtych kuleczek i zjedli tę porcję na spółkę.
— A teraz idziemy — powiedział Maksym. — Weź swój automat.
Gaj wziął automat, splunął palącą goryczą wypełniającą mu usta i zapadając się w piasku ruszył za Maksymem wzdłuż brzegu. Było gorąco, kombinezon szybko podsechł, tylko w butach jeszcze chlupało. Maksym szedł szybko i pewnie, jakby dokładnie wiedział, dokąd trzeba iść, chociaż wokół nie było widać niczego poza morzem z lewej i rozległej plaży z prawej strony i wysokich wydm o jakiś kilometr od wody, za którymi od czasu do czasu pojawiały się kędzierzawe wierzchołki leśnych drzew.
Przeszli jakieś trzy kilometry, a Gaj wciąż myślał, dokąd to oni idą i gdzie się w ogóle znajdują. Pytać nie chciał, chciał się sam zorientować w sytuacji, ale przypomniawszy sobie wszystkie okoliczności doszedł jedynie do wniosku, że gdzieś przed nimi powinno być ujście Błękitnej Żmii, idą zaś na północ — nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co… Myślenie wkrótce mu się znudziło. Przytrzymując ręką broń, dopędził truchcikiem Maksyma i zapytał wprost, jakie teraz mają właściwie plany.
Maksym odpowiedział mu skwapliwie, że jakichś określonych planów teraz nie mają i muszą liczyć jedynie na przypadek. Pozostaje im mieć nadzieję, że jakaś biała łódź podwodna podpłynie do brzegu, a oni będą przy niej pierwsi, zanim pojawią się legioniści. Ponieważ jednak oczekiwanie na taki przypadek wśród suchych piasków jest wątpliwą przyjemnością, trzeba spróbować dotrzeć do Kurortu, który powinien być gdzieś tu w pobliżu. Miasto naturalnie już dawno zostało zniszczone, ale źródła z pewnością się zachowały i w ogóle będzie przynajmniej jakiś dach nad głową. Przenocujemy w mieście, a potem się zobaczy. Możliwe, że trzeba będzie spędzić na wybrzeżu nawet parę tygodni.