On chyba wszystko może — pomyślał Gaj. — Teraz kieruje tą ogromną, skomplikowaną machiną, którą widzi po raz pierwszy w życiu. To przecież nie jakiś tam czołg czy samochód, tylko samolot… Nie wiedział nawet, że te legendarne aparaty jeszcze się gdzieś zachowały… A on bawi się nim jak zabawką, jakby od kołyski nic innego nie robił, tylko latał w powietrznych przestworzach. To niepojęte: wydaje się, że on wiele rzeczy widzi po raz pierwszy, ale momentalnie orientuje się w sytuacji i robi to, co potrzeba. I to nie tylko z maszynami… Przecież nie tylko maszyny od razu rozpoznają w nim gospodarza. Gdyby chciał, to nawet rotmistrz Czaczu by się do niego łasił. Czarownik, na którego nawet patrzeć strach, od razu uznał go za równego. Książę-hrabia, człowiek uczony, naczelny chirurg, arystokrata, można powiedzieć, też natychmiast wyczuł w nim coś wzniosłego… Taki aparat podarował, zawierzył. A ja chciałem Radę za niego wydać. Co tam dla niego Rada? Przelotna sympatia, więcej nic… Gdzie tam Radzie do niego! Jemu pasowałaby jakaś przynajmniej hrabianka albo inna księżniczka. A ze mną się przyjaźni! Kto by pomyślał… I gdyby mi teraz powiedział, żebym wyskoczył, to cóż, może bym i wyskoczył, bo to przecież Maksym… A ilu to ja już rzeczy przez niego się dowiedziałem, ile zobaczyłem! W życiu bym się sam tego nie dowiedział i nie zobaczył… I czego się jeszcze dowiem, co zobaczę, czego się jeszcze od niego nauczę…

Maksym poczuł na sobie jego spojrzenie, poczuł jego zachwyt i oddanie. Odwrócił głowę i szeroko, po staremu się uśmiechnął. Gaj z najwyższym trudem się powstrzymał, żeby nie chwycić jego potężnej, brunatnej ręki i nie przypaść do niej w pełnym wdzięczności pocałunku. O władco mój, dumo moja i obrono, rozkazuj! Oto jestem przed Tobą, należę do Ciebie, rzuć mnie w ogień, połącz mnie z płomieniem. Rzuć mnie na tysiące wrogów, na gardziele armat, naprzeciw milionom kul… Gdzie są Twoi wrogowie? Gdzie są ci tępi, obrzydliwi ludzie w czarnych mundurach? Gdzie ten wściekły oficerek, który ośmielił się przestrzelić Ci Twoją Boską Rękę? O, czarny zbrodniarzu, rozerwę cię pazurami na strzępy, przegryzę ci gardło… Ale nie teraz jeszcze, nie… Mój władca coś mi rozkazuje, czegoś ode mnie chce. Mak, Mak, błagam, zwróć mi swój uśmiech! Dlaczego się już nie uśmiechasz? Tak, tak, jestem głupi, nie rozumiem Cię, ale to wszystko przez ten wspaniały ryk Twojej posłusznej maszyny… Ach, o to chodzi… Massaraksz, ależ ze mnie idiota, no jasne, hełm… Tak, tak zaraz zakładam… Rozumiem, to taki sam hełmofon, jak w czołgu… Słucham Cię, Najpiękniejszy! Rozkazuj! Nie, nie wcale nie chcę się opamiętać! Nic się ze mną nie dzieje, po prostu jestem Twój, pragnę umrzeć za Ciebie, wydaj mi jakiś rozkaz… Tak, będę milczał, zamknę się… To mi rozerwie płuca, ale będę milczał, skoro Ty mi rozkazujesz… Wieża? Jaka wieża? Tak, widzę wieżę… Ci czarni zbrodniarze, podli ludożercy, mordercy dzieci powtykali te wieże, gdzie się tylko dało, ale my ruszymy żelaznym krokiem i zmieciemy te wieże z ogniem w oczach… Prowadź, prowadź swą posłuszną maszynę na tę wstrętną wieżę! I daj mi bombę, skoczę z nią i nie chybię, zobaczysz! Daj mi bombę, bombę! O!… Oo!… Ooo!!!

Gaj z trudem odetchnął i rozerwał kołnierz kombinezonu. W uszach mu dzwoniło, w oczach migotało. Świat był zasnuty mgłą, ale mgła szybko ustępowała, tylko bolały wszystkie mięśnie i pobolewało gardło. Potem zobaczył twarz Maksyma — ciemną, chmurną i nawet jakby okrutną. Wspomnienie czegoś rozkosznego wypłynęło na moment i natychmiast znikło, i nie wiedzieć czemu bardzo mu się zachciało stanąć na baczność i strzelić obcasami. Zresztą Gaj doskonale rozumiał, że nie powinien tego robić, bo Maksym bardzo się rozzłości.

— Narozrabiałem? — zapytał przepraszającym tonem i trwożliwie rozejrzał się na boki.

— To ja narozrabiałem — odparł Maksym. — Zupełnie zapomniałem o tym paskudztwie.

— O czym?

Maksym wrócił na swój fotel, położył rękę na dźwigni i zaczął patrzeć przed siebie.

— O wieżach — powiedział wreszcie.

— O jakich znów wieżach?

— Skręciłem za daleko na północ i dostaliśmy się w zasięg promienników.

Gajowi zrobiło się wstyd.

— Wrzeszczałem hymn legionu? — zapytał.

— Gorzej — odparł Maksym. — Nie przejmuj się, na przyszłość będziemy ostrożniejsi.

Ogromnie zakłopotany Gaj odwrócił się, usiłując sobie za wszelką cenę przypomnieć, co on też takiego robił, i zaczął przypatrywać się światu w dole. Żadnej wieży nie zobaczył i oczywiście nie zobaczył też już ani hangaru, ani pola, z którego wystartowali. W dole przesuwał się wolno wciąż ten sam połatany koc, a poza tym było widać rzekę, bladą metaliczną żmijkę znikającą w opalizującej mgiełce daleko w przodzie, gdzie w niebo winna wznosić się ogromna ściana morza… Co też takiego ja gadałem? — zachodził w głowę Gaj. — Pewnie musiałem pleść okropne brednie, bo Maksym jest bardzo zły i zaniepokojony. Massaraksz, może odezwały się we mnie moje żandarmskie zwyczaje i czymś Maka obraziłem. Gdzie jest ta przeklęta wieża? Mamy świetną okazję, żeby zrzucić na nią bombę.

Перейти на страницу:

Похожие книги