Osobisty Bombowiec J. C. W. K. C. Z. S. N. K. P. „Orzeł Górski” wywarł na Gaju niezatarte wrażenie. To była tak potwornej wielkości machina, że po prostu nie mieściło się w głowie, iż może oderwać się od ziemi i unieść w powietrze. Jej długachne, żebrowane cielsko ozdobione niezliczonymi złotymi emblematami ciągnęło się bez końca jak ulica. Groźnie i majestatycznie rozpościerały się gigantyczne skrzydła, pod którymi mogłaby się ukrywać cała brygada. Było do nich tak daleko, jak do dachu domu, ale łopaty sześciu ogromnych śmigieł niemal dotykały ziemi. Bombowiec stał na trzech kołach o średnicy przekraczającej parokrotnie wzrost przeciętnego człowieka, z których dwa podpierały część dziobową, trzecie zaś etażerkowaty ogon. Do zawieszonej na zawrotnej wysokości błyszczącej szkłem kabiny prowadziła srebrzysta nitka lekkiej aluminiowej drabinki. Tak, to był prawdziwy symbol starego Imperium, symbol wspaniałej przeszłości, symbol byłej potęgi panującej nad całym kontynentem. Gaj z zadartą do góry głową stał na szmacianych nogach i rozpływał się z zachwytu, nic więc dziwnego, że głos jego przyjaciela Maka spadł nań jak grom z jasnego nieba:

— Massaraksz, ale landara!… Przepraszam pana, książę-hrabio, tak mi się tylko wyrwało…

Innego nie mam — powiedział sucho książę-hrabia. — Zresztą to jest najlepszy bombowiec świata. W swoim czasie Jego Cesarska Wysokość odbył nim…

— Tak, tak naturalnie — zgodził się pospiesznie Maksym. — Jeszcze raz przepraszam, ale nie spodziewałem się czegoś równie wielkiego…

Na górze, w kabinie pilotów, zachwyt Gaja osiągnął szczyty. Kabina była cała ze szkła. Masa dziwacznych przyrządów, zdumiewająco wygodne miękkie fotele, jakieś dźwignie i manetki, pęki różnobarwnych kabli i leżące na podorędziu cudaczne hełmy… Książę-hrabia coś pospiesznie tłumaczył Maksymowi, pokazując poszczególne przyrządy i przesuwając manetki, Mak w roztargnieniu mamrotał: „No tak, rozumiem, rozumiem…”, a Gaj, którego posadzili na fotelu, żeby nie plątał się pod nogami, z automatem na kolanach, żeby nie daj Boże niczego nie uszkodził, wytrzeszczał tylko oczy i bezmyślnie gapił się na te wszystkie wspaniałości.

Bombowiec stał w starym zapadającym się hangarze na skraju lasu. Przed nim rozpościerało się równe jak stół, szarozielone pole bez najmniejszej kępki, bez jednego bodaj krzaczka. Za polem, o jakieś pięć kilometrów, znów zaczynał się las, a nad tym wszystkim wisiało białe niebo, które stąd, z kabiny, wydawało się zupełnie bliskie. Gaj był okropnie zdenerwowany. Nie bardzo zapamiętał, jak pożegnali się ze starym księciem-hrabią. Książę-hrabia coś mówił i Maksym też coś mówił; chyba obaj się śmiali, a potem książę-hrabia niespodziewanie się rozpłakał i wreszcie szczęknęły drzwiczki. Gaj nagle stwierdził, że jest przywiązany do fotela szerokimi pasami, a Maksym w sąsiednim fotelu szybko i pewnie przerzuca jakieś manetki i naciska jakieś klawisze.

Zapaliły się cyferblaty na tablicach rozdzielczych, rozległ się trzask i coś jakby odgłos strzałów armatnich, kabina zadygotała, wszystko wokół wypełniło się nagle ciężkim łoskotem, malutki książę-hrabia daleko w dole wśród pochylonych krzewów i jakby płynącej trawy chwycił obiema rękami za rondo kapelusza i cofnął się. Gaj odwrócił się i zobaczył, że łopaty ogromnych śmigieł zniknęły, przekształciły się w ogromne rozmyte kręgi, a całe szerokie pole ruszyło nagle i popełzło do tyłu, odbiegając coraz szybciej i szybciej… Nie było już księcia-hrabiego, nie było hangaru, było tylko pole lecące błyskawicznie naprzeciw, koszmarna trzęsionka i obezwładniający ryk. Gaj z trudem obrócił głowę i stwierdził z przerażeniem, że gigantyczne skrzydła wyginają się płynnie, jakby miały za chwilę odpaść, ale w tym momencie przestało nagle trząść, pole pod skrzydłami zapadło się i uciekło. Poczuł się tak, jakby ktoś spowijał mu całe ciało w grubą warstwę miękkiej waty, a pod bombowcem nie było już pola ani nawet lasu, który zamienił się w czarnozieloną szczotkę, w ogromny, po wielokroć łatany koc, odpływając wolno do tyłu. Wówczas Gaj domyślił się, że leci.

Z zachwytem popatrzył na Maksyma. Przyjaciel Mak siedział w niedbałej pozie z lewą ręką na poręczy fotela, a prawą leciutko poruszał największym i pewnie najważniejszym lewarkiem. Oczy miał przymrużone, a usta ściągnięte, jakby pogwizdywał. Tak, to był wielki człowiek. Wielki i niepojęty.

Перейти на страницу:

Похожие книги