— Dobra — przerwał mu Maksym. — Poczekaj tutaj, a ja pójdę zobaczyć, jaka tam zaraza panuje…

Gaj nie zdążył nawet powiedzieć słowa, tylko otworzył usta, kiedy Maksym już skoczył do wody, zanurkował i długo nie pokazywał się na powierzchni. Gaj już zaczął się bać, że utonął, kiedy czarnowłosa głowa wynurzyła się przy obdrapanej burcie, dokładnie pod wielką dziurą. Zwinnie i bez wysiłku, jak mucha po ścianie, brunatna postać wdrapała się na przechylony pokład, podbiegła do nadbudówki dziobowej i zniknęła. Gaj spazmatycznie odetchnął, podreptał w miejscu i przespacerował się kilka kroków nad wodą, nie spuszczając wzroku z martwego zardzewiałego potwora.

Było cicho, nawet fale nie szemrały w tej martwej zatoczce. Puste białe niebo, puste i wymarł białe wydmy, wszystko suche, gorące, zastygłe. Gaj z nienawiścią popatrzył na zardzewiały wrak. Ależ ja mam pecha — inni służą przez całe lata i nie widzą żadnych okrętów podwodnych, a tu masz ci los, spadliśmy z nieba, zrobiliśmy parę kroków i proszę bardzo… Że też ja się na coś takiego zdecydowałem? To wszystko przez Maksyma. Jak zacznie gadać, to człowiekowi się zdaje, że wszystko jest w porządku, nie ma nad czym się zastanawiać i bać się też nie ma czego… A może nie bałem się dlatego, że wyobrażałem sobie łódź żywą, białą, elegancką, z ubranymi na biało marynarzami na pokładzie. A tutaj żelazny trup… Miejsce też jakieś tu nieżywe, nawet wiatru nie ma. A przecież był wiatr, doskonale pamiętam; kiedy szliśmy, w twarz nad dmuchał odświeżający, wilgotny wietrzyk. — Rozejrzał się nerwowo na boki, usiadł na piasku, położył obok siebie automat i zaczął wolno ściągać prawy but. — Szlag trafi, co za cisza! A jeśli on nie wróci? Jeśli połknęła go ta żelazna padlina i już nie puści? Tfu, tfu, tfu!

Drgnął i wypuścił but. Nad zatoczką przetoczył się długi, przerażający dźwięk, wycie — nie wycie, pisk — nie pisk, jakby diabli przeciągali zardzewiałym nożem po grzesznej duszy. Dzięki Bogu, to tylko otworzyły się jakieś żelazne drzwi, zardzewiała pokrywa włazu. — Tfu, na psa urok! Aż się spociłem ze strachu. Otworzył właz, to znaczy, że zaraz wyjdzie… Nie, nie wychodzi…

Przez kilka minut Gaj z wyciągniętą szyją wpatrywał się w łódź podwodną i nadstawiał ucha. Cisza. Ta sama straszna cisza, tylko jeszcze straszniejsza po żelaznym zgrzycie. A może właz się nie otworzył, tylko zamknął? Sam się zamknął… Przed zmartwiałymi oczami Gaja stanął taki widok: ciężkie stalowe drzwi same zamykają się za Maksymem, a potem gruby rygiel sam wsuwa się na miejsce… Gaj oblizał wyschnięte wargi, przełknął grudkę lepkiej śliny i krzyknął: „Hej, Mak!” Nie udało mu się krzyknąć, zasyczał tylko… Mój Boże, żeby przynajmniej rozległ się jakiś dźwięk! „Hej!” — wrzasnął rozpaczliwie. „Eeee…” — odpowiedziały ponuro wydmy i znów zrobiło się cicho.

Cisza. I nie ma już sił, żeby krzyknąć…

Nie spuszczając oczu z okrętu Gaj trzęsącymi się rękami wymacał leżący na piasku automat, odbezpieczył go na oślep i nie celując wypuścił całą serię w zatokę. Zatrzeszczało krótko i cicho, jakby strzelał w watę. Na gładkiej wodzie ukazały się malutkie rozbryzgi, rozeszły się kręgi. Gaj uniósł lufę wyżej i znów nacisnął spust. Tym razem narobił hałasu: pociski zadudniły o metal, zawyły rykoszety, rozdudniło się echo. I nic. Nic a nic. Ani jednego dźwięku więcej, jakby był tam sam, jakby nigdy nikogo więcej nie było na świecie. Jakby trafił tu nie wiadomo jak, jakby to okropne miejsce tylko mu się przyśniło. Ale nie mógł się z tego koszmaru ocknąć, nie mógł się przebudzić. I teraz zostanie tu na zawsze sam.

Gaj, nie wiedząc co robi, tak jak stał, w jednym bucie wszedł do wody. Najpierw wolno, potem coraz szybciej, aż wreszcie zaczął biec wysoko zadzierając nogi po pas w wodzie, na przemian popłakując i klnąc na czym świat stoi. Zardzewiały olbrzym był coraz bliżej. Gaj brnął przez brudną wodę, potem rzucił się wpław. Dotarł do burty, spróbował się na nią wdrapać, ale nie zdołał; podpłynął pod rufę, uczepił się jakiejś liny i obdzierając sobie do krwi łokcie i kolana wgramolił się na pokład, po czym stanął, zalewając się łzami. „Hej!” — krzyknął zdławionym głosem.

Cisza.

Перейти на страницу:

Похожие книги