— Treba padumać, — skazaŭ ja.

— Ja pajdu, — marmytnuŭ Snaŭt i ŭstaŭ.

Kali jon ustavaŭ z kresła, u jaho chrusnuli sustavy.

— Dyk ty dazvoliš zniać z ciabie encefałahramu? — spytaŭsia Snaŭt, vycirajučy palcami fartuch, niby sprabavaŭ scierci niabačnuju plamu.

— Dobra, — zhadziŭsia ja.

Nie zviartajučy ŭvahi na Chery (iana nazirała za hetaj scenaj moŭčki, trymajučy knihu na kaleniach), Snaŭt padyšoŭ da dzviarej. Kali jany začynilisia, ja ŭstaŭ, razhładziŭ listok, jaki trymaŭ u rukach. Nie viedaju, ci pryznaŭ by Sijona maje vyvady dakładnymi. Vidać, nie. Ja zdryhanuŭsia. Chery padyšła da mianie zzadu i dakranułasia da plača:

— Krys!

— Što, kachanaja?

— Chto heta byŭ?

— Ja tabie kazaŭ. Doktar Snaŭt.

— Što jon za čałaviek?

— Ja mała jaho viedaju. Čamu ty pytaješsia?

— Ion tak paziraŭ na mianie…

— Vidać, ty jamu spadabałasia.

— Nie, — pakruciła jana hałavoj. — Jon paziraŭ na mianie inakš. Tak… nibyta…

Jana zdryhanułasia, padniała na mianie vočy i adrazu ž ich apusciła.

— Pajšli adsiul kudy-niebudź…

<p>VADKI KISŁAROD</p>

Ja lažaŭ u ciomnym pakoi zdrancvieły, upieryŭšy pozirk u svietły cyfierbłat na ruce. Kolki heta praciahvałasia, nie viedaju. Ja prysłuchoŭvaŭsia da svajho dychannia i niečamu zdziŭlaŭsia. Stan dziŭnaj abyjakavasci ja zviazvaŭ z vialikaj stomlenasciu. Paviarnuŭsia na bok, łožak byŭ niezvyčajna šyroki, mnie čahości nie chapała. Ja zataiŭ dychannie. Nastupiła poŭnaja cišynia. Ja scišyŭsia. Nijakaha ruchu. Chery? Čamu ja nie čuju jaje dychannia? Ja pravioŭ rukami pa pascieli. Chery nie było.

„Chery”, — chacieŭ ja paklikać, ale pačuŭ kroki.

Niechta vysoki i hruzny išoŭ, jak…

— Hibaryjan? — spakojna spytaŭsia ja.

— Tak, heta ja. Nie zapalvaj sviatła.

— Nie zapalvać?

— Nie treba. Tak budzie lepš nam abodvum.

— Ale ž ciabie niama siarod žyvych?

— Heta nie maje značennia. Ty paznaješ moj hołas?

— Paznaju. Navošta ty heta zrabiŭ?

— Tak treba było. Ty spazniŭsia na čatyry dni. Kali b ty prylacieŭ raniej, mahčyma, u hetym nie było b patreby. Nie pakutuj, chaj tvajo sumlennie budzie spakojnym. Ja adčuvaju siabie narmalna.

— Ty sapraŭdy tut?

— A ty dumaješ, što bačyš mianie ŭ snie, jak dumaŭ pra Chery?

— Dzie jana?

— Čamu ty ličyš, što ja pavinien viedać?

— Ja zdahadaŭsia.

— Nie budziem havaryć pra heta. Dapuscim, što zamiest jaje pryjšoŭ ja.

— Ale ja chaču, kab jana taksama była tut.

— Heta niemahčyma.

— Čamu? Pasłuchaj, ty ž viedaješ, što na samaj spravie heta nie ty, a ja?

— Nie, heta na samaj spravie ja. Dakładniej — ja, paŭtorany jašče raz. Ale navošta my marnujem čas?

— Ty pojdzieš?

— Pajdu.

— I tady jana vierniecca?

— Tabie heta važna? Jana dla ciabie vielmi mnoha značyć?

— Heta maja sprava.

— Ty ž baišsia jaje.

— Nie.

— I hrebuješ…

— Što ty chočaš ad mianie?

— Škadavać treba siabie, a nie jaje. Joj zaŭsiody budzie dvaccać hadoŭ, nie prytvarajsia, nibyta ty nie viedaješ pra heta!

Niečakana ja supakoiŭsia. Ja słuchaŭ Hibaryjana biez chvalavannia. Mnie zdałosia, što jon staić zaraz bližej, u nahach, ale ja pa-raniejšamu ničoha nie bačyŭ u ciemry.

— Što ty chočaš? — spytaŭsia ja cicha.

Moj ton, badaj, zdziviŭ jaho. Jon pamaŭčaŭ.

— Sartoryus tłumačyŭ Snaŭtu, što ty padmanuŭ jaho. Zaraz jany padmanuć ciabie. Pad vyhladam mantažu renthienaŭskaj ustanoŭki jany budujuć anihilatar pola.

— Dzie jana? — spytaŭsia ja.

— CHiba ty nie čuješ, što ja tabie skazaŭ? Ja papiaredziŭ ciabie!

— Dzie jana?

— Nie viedaju. Zapomni: tabie spatrebicca zbroja. Tabie niama na kaho spadziavacca.

— Ja mahu spadziavacca na Chery, — pramoviŭ ja.

Hibaryjan cicha zasmiajaŭsia.

— Viadoma, možaš. Da peŭnaj miažy. Zrešty, ty zaŭsiody možaš zrabić toje, što i ja.

— Ty nie Hibaryjan.

— Vybačaj. A chto ž? Mo tvoj son?

— Nie. Ty lalka. Ale ty pra heta nie viedaješ.

— A ci viedaješ ty, chto ty?

Heta mianie zacikaviła. Ja chacieŭ ustać, ale nie moh. Hibaryjan štości havaryŭ. Ja ničoha nie razumieŭ, čuŭ tolki jaho hołas, adčajna zmahaŭsia sa słabasciu, jašče raz irvanuŭsia z usiaje siły i… pračnuŭsia. Ja łaviŭ rotam pavietra, jak ryba na piasku. Było vielmi ciomna. Heta son. Kašmar. Adnu chvilinku… „dylema, jakuju my nie možam vyrašyć. My pryhniatajem sami siabie. Paliteryi skarystali tolki padabienstva vybiralnaha ŭzmacnialnika našych dumak. Pošuki matyvaŭ hetaj zjavy — antrapamarfizm. Dzie niama čałavieka, tam niama dastupnych dla jaho matyvaŭ. Kab praciahvać płan vyvučennia, nieabchodna zniščyć abo svaje dumki, abo ich materyjalnuju realizacyju. Pieršaje — nie paddajecca nam. Druhoje nadta nahadvaje zabojstva”.

U ciemry ja prysłuchoŭvaŭsia da dalokaha razvažlivaha hołasu, intanacyju jakoha ja adrazu paznaŭ. Havaryŭ Hibaryjan… Ja vyciahnuŭ ruki. Na pascieli nikoha nie było.

Mnie snicca, što ja pračnuŭsia, padumaŭ ja.

— Hibaryjan?.. — paklikaŭ ja.

Hołas adrazu ž scich. Niešta ščoŭknuła, ja adčuŭ na tvary lohki podych pavietra.

— Nu što ž ty, Hibaryjan, — pramarmytaŭ ja, paziachajučy. — Niepakoić mianie ŭ adnym snie, u druhim — heta ŭžo zanadta…

Niešta zašamacieła kala mianie.

— Hibaryjan! — paŭtaryŭ ja macniej.

Pružyny łožka zdryhanulisia.

— Krys… heta ja, — pačuŭ ja blizki šept.

Перейти на страницу:

Похожие книги