— Ja ŭžo skazała tabie, što nie viedaju, adkul ja tut zjaviłasia. CHiba mo ty viedaješ. Pačakaj, ja jašče nie ŭsio skazała. Mo i ty nie viedaješ. A kali viedaješ i nie možaš ciapier skazać, to, mahčyma, skažaš kali-niebudź pazniej? Heta nie budzie sama strašnaje. Va ŭsiakim razie dasi mnie šanc.
Mnie stała choładna.
— Dziciatka, što ty kažaš? Jaki šanc?.. — marmytaŭ ja.
— Krys, kim by ja ni była, ale ja nie dzicia. Ty ž abiacaŭ. Skažy.
Toje „kim by ja ni była” tak pierachapiła mnie horła, što ja zniamieŭ i moh tolki pazirać na jaje, biazhłuzda kivajučy hałavoj, niby abaraniajučysia ad taho, što ja mieŭ pačuć.
— Pasłuchaj, nieabaviazkova ž kazać zaraz, prosta skažy, što nie možaš…
— Ja ničoha nie chavaju… — adkazaŭ ja chrypłym hołasam.
— Voś i dobra, — pramoviła jana i ŭstała.
Ja chacieŭ što-niebudź skazać, adčuvajučy, što nielha tak zakančvać razmovu, ale słovy zasieli ŭ horle.
— Chery…
Jana stajała la akna, spinaj da mianie. Ciomna-sini pusty Akijan raskinuŭsia pad pustym niebam.
— Chery, kali ty dumaješ, što… Chery, ty ž viedaješ, što ja kachaju ciabie…
— Mianie?
Ja padyšoŭ da jaje. Chacieŭ abniać. Jana vyzvaliłasia, adpichnuŭšy maju ruku.
— Ty taki dobry… — skazała jana. — Kachaješ? Mianie? Ja chacieła b, kab ty lepš biŭ mianie!
— Chery, kachanaja!
— Nie! Nie. Liepiej pamaŭčy.
Chery padyšła da stała i pačała zbirać talerki. Ja paziraŭ u ciomna-siniuju pusteču. Sonca zachodziła, i vializny cień ad Stancyi pavoli chistaŭsia na chvalach. Talerka ŭpała z ruk Chery. Vada bulkała ŭ rakavinie. Ryžy koler pa krai niebaschiłu pierachodziŭ u załacista-rudy. Kali b ja viedaŭ, što rabić. Kali b ja viedaŭ! Nastupiła cišynia. Chery stajała za majoj spinaj.
— Nie. Nie advaročvajsia, — pramoviła Chery amal šeptam. — Ty nie vinavaty, Krys. Ja viedaju. Nie chvalujsia.
Ja vyciahnuŭ u jaje bok ruku. Chery ŭciakła ŭ hłybiniu kabiny i, padymajučy ceły stos talerak, pramoviła:
— Škada. Kali b ich možna było razbić, ja rastaŭkła b ich, rastaŭkła b usie!!!
Ja dumaŭ, što jana sapraŭdy špurnie ich na padłohu, ale Chery, zirnuŭšy na mianie, usmichnułasia:
— Nie bojsia, ja nie budu rabić hłupstva.
Ja pračnuŭsia pasiarod nočy i adrazu nasciarožana sieŭ na łožku; u pakoi było ciomna, z kalidora praz pračynienyja dzviery padała słabaje sviatło. Niešta pranizliva šypieła, hety huk usio macnieŭ, supravadžaŭsia hłuchimi ŭdarami, nibyta niešta vialikaje adčajna biłasia za scianoj. „Mieteor! — pramilhnuła ŭ hałavie. Prabiŭ abšyŭku. Niechta tam josć!”
Praciahłaje chrypiennie.
Ja kančatkova pračnuŭsia. Ja ž na Stancyi, a nie na rakiecie, a hety strašny huk…
Ja vybieh u kalidor. Dzviery małoj łabaratoryi byli adčynieny, tam hareła sviatło. Ja ŭskočyŭ tudy.
Mianie aharnuŭ nievynosny choład. Kabina była zapoŭniena paraj, ad jakoj zamiarzała dychannie. Mnostva biełych sniažynak kružyłasia nad ciełam, zahornutym u kupalny chałat, jano słaba stukałasia ab padłohu. U hetym chałodnym tumanie ja zaŭvažyŭ Chery i kinuŭsia da jaje, padniaŭ, choład apiakaŭ mnie ruki, Chery chrypieła; ja pabieh pa kalidory mima dzviarej, užo nie adčuvajučy choładu, para, jakaja vyryvałasia z jaje hub, jak ahniom apiakała majo plačo.
Ja pakłaŭ Chery na stol, razarvaŭ na jaje hrudziach chałat, zirnuŭ na zaledzianieły dryhotki tvar, kroŭ zamierzła ŭ rocie, čornym nalotam zapiakłasia na rastulenych hubach, na jazyku bliščali kryštaliki lodu…
Vadki kisłarod. U łabaratoryi byŭ vadki kisłarod, u sasudach Dziuara. Kali ja padnimaŭ Chery, u mianie pad rukami chrusnuła škło. Kolki jana mahła vypić? Usio adno spaleny trachieja, hartań, lohkija; vadki kisłarod macnienšy za kancentravanuju kisłatu. Jaje skrypučaje, suchoje, jak huk razarvanaj papiery, dychannie zamirała. Vočy byli raspluščany. Ahonija.
Ja pahladzieŭ na vializnyja zašklonyja šafy z instrumientami i lekami. Trachieatamija? Intubacyja? Ale ž lohkich užo niama! Jany spalenyja. Lakarstva? Kolki lakarstvaŭ! Palicy zastaŭleny šerahami kalarovych butelečak i pakiecikaŭ. Chrypiennie napaŭniała ŭsio pamiaškannie, z adkrytaha rota Chery išła para.
Hrełki…
Ja pačaŭ ich šukać, kinuŭsia da adnoj šafy, da druhoj, vykidvaŭ pakieciki z ampułami. Špryc? Dzie? U sterylizatary! Ja nie moh sabrać špryc, bo ruki zamierzli, palcy zdrancvieli, nie hnulisia. Ja šalona stukaŭ rukoj pa sterylizatary, ničoha nie adčuvajučy. Chrypiennie stała macniejšym. Ja kinuŭsia da Chery. Vočy ŭ jaje byli raspluščany.
— Chery!
Moj hołas prapaŭ, huby stali niepasłuchmianyja.
Pad biełaj skuraj chodyram chadzili rebry, vilhotnyja ad rastałaha sniehu vałasy rassypalisia. Chery hladzieła na mianie.
— Chery!
Bolš ničoha skazać ja nie moh. Stajaŭ jak słup, apusciŭšy niepasłuchmianyja skalełyja ruki; nohi, huby, pavieki hareli ŭsio macniej. Ale ja amal nie adčuvaŭ hetaha. Kropla rastałaj ad ciapła kryvi ciakła pa ščace Chery, pakidajučy kryvuju liniju; jazyk zatrymcieŭ i znik, Chery ŭsio jašče chrypieła.