– To się może udać, ale ukrycie się za gwiazdą na pewno nie zagwarantuje nam całkowitego bezpieczeństwa. Fala uderzeniowa składa się z cząsteczek, które zderzają się z sobą nieustannie, rozchodząc przy tym na wszystkie strony, więc nawet za gwiazdą będziemy musieli stawić jej czoło.
– Będziemy mieli szanse – skontrował natychmiast Badaya – jeśli podejdziemy bardzo blisko gwiazdy.
– Nie przeczę. Poza tym nie mamy zbyt wielkiego wyboru.
Kapitan Armus pokręcił głową.
– Syndycy to dranie, ale nie są aż tak głupi. Zorientują się, że tam lecimy.
Nie był najbystrzejszym oficerem tej floty, lecz dość rozumnym, by od razu dostrzec ten raczej istotny mankament planu. Geary skwitował jego słowa skinieniem głowy.
– Dlatego musimy maskować nasze prawdziwe intencje, dopóki nie znajdziemy się w cieniu gwiazdy. Na szczęście zachowania Syndyków dają nam szansę na ukrycie tego ruchu. – Wcisnął odpowiedni klawisz i na mapie pojawił się łuk symbolizujący przewidywany kurs floty. – Syndycka flotylla udaje, że chce z nami walczyć. Zważywszy na to, co wiemy o ich planach, zakładamy, że za mniej więcej sześć godzin wykonają zwrot i skierują się prosto do punktu skoku na Mandalona. Sądzę, że oczekują, iż zachowamy się w następujący sposób: albo polecimy w ślad za nimi, albo będziemy się starali sprowadzić ich z powrotem, na przykład atakując któryś z ważnych obiektów w systemie. – Na hologramie pojawiły się jaśniejsze łuki. – Obierzemy te wektory, miniemy pokrytą lodami zamieszkaną planetę krążącą w odległości piętnastu minut świetlnych od gwiazdy, niszcząc wszystkie cele w polu rażenia, potem skierujemy się w stronę najbardziej zaludnionego globu, ale nie wprost, tylko po orbicie, wokół gwiazdy.
Duellos uśmiechnął się szeroko.
– Dłuższe podejście, które może zostać uznane za oczywistą próbę wciągnięcia sił Syndykatu do walki. Tylko czy oni uwierzą, że Black Jack jest aż tak przewidywalny?
– W tej chwili cieszą się pewnie jak dzieci – wtrąciła Desjani. – Sądzą, że wciągnęli nas w pułapkę, a my o tym nie wiemy. Oczekują więc po nas przesadnej pewności siebie, a ponieważ władze Światów Syndykatu są na pokładzie pancernika czekającego w pobliżu punktu skoku na Mandalona, znajdą się mniej więcej w odległości pięciu godzin świetlnych od pozycji naszej floty, gdy zmienimy kurs, by ukryć się za gwiazdą. Od wrót będzie nas dzieliło siedem godzin świetlnych.
Badaya skwitował jej słowa skinieniem głowy.
– Po pięciu godzinach zauważą, że zmieniliśmy kurs, potem, o ile zrozumieją od razu, co jest grane, będą potrzebowali siedmiu godzin na wysłanie sygnału do wrót. Fala uderzeniowa dotrze do naszych pozycji za kolejne siedem godzin. To daje dziewiętnaście godzin, a rozpoczniemy manewr, będąc zaledwie kilkanaście minut świetlnych od gwiazdy. Będziemy mieli dość czasu.
– O ile poczekają – burknął Armus. – Dlaczego mieliby czekać aż tak długo?
– Ponieważ nie chcą, by ktokolwiek przeżył zagładę i świadczył przeciw nim – odpowiedziała mu Rione. – Ich flotylla musi dotrzeć do punktu skoku, zanim wysłany sygnał dotrze do wrót i rozpocznie się kolaps. Tuż przed rozpoczęciem sekwencji samozniszczenia pancernik z członkami Egzekutywy odleci, prowadząc resztę okrętów, i nikt prócz osób bezpośrednio zamieszanych w tę sprawę nie będzie w stanie powiedzieć, co tu się wydarzyło.
Badaya zmrużył oczy, potem skinął głową.
– I będą mogli zwalić to znowu na nas, jak w przypadku Kalixy.
Komandor Landis także skinął głową, ale nadal wyglądał na przejętego.
– A jeśli zorientują się zawczasu, co zamierzamy zrobić? Co będzie, jeśli uznają, że mogą poświęcić swoją flotyllę, by uniemożliwić nam ukrycie się w stożku cienia gwiazdy?
Geary zmierzył się już z tą myślą. Wcisnął kolejny klawisz, wywołując hologram formacji.
– Utworzymy następujący szyk w momencie, gdy zauważymy pierwsze zmiany w układzie pęt. Pancerniki zbliżą się do siebie na minimalną odległość, lecąc dziobami w kierunku wrót, aby stworzyć maksymalnie silny mur z pola siłowego. Reszta okrętów utworzy kolejne jego warstwy, począwszy od największych jednostek kryjących się za pancernikami. Może dzięki takiemu ustawieniu uda się przetrwać choćby kilku okrętom.
Wszyscy kiwali głowami, mając niewesołe miny. Zwłaszcza kapitanowie pancerników. Pancerze i tarcze tych kolosów były znakomitym orężem podczas ataków, ale stanowiły też ostatnią linię obrony, gdy wymagała tego sytuacja. Jak powiedział kapitan Mosko na Lakocie: pancerniki są po to, by osłaniać resztę floty. Zostawili wtedy jego i trzy pancerniki, którymi dowodził, aby osłaniał odwrót. Ci ludzie przywykli już stawiać czoło śmierci, a oddawanie życia za towarzyszy broni było równie dobrym sposobem umierania jak każdy inny.
Aczkolwiek dotąd nie przypuszczali, że będą do tego zmuszeni podczas tej wyprawy. Widzieli jednak, co fala uderzeniowa kolapsu potrafi zrobić z systemem gwiezdnym. Pancerniki i znajdujące się pod ich osłoną jednostki zostaną rozbite na atomy, jeśli trafi w nie strumień energii mocniejszy niż ten, który spustoszył Kalixę. Ale musieli coś zrobić.