rezygnacją i poczłapał za nim. Kiedy byli już wewnątrz, dołączył do nich także
profesor Flitwick, uśmiechając się z zakłopotaniem do Harry'ego. Widocznie jemu
także nie podobało się chodzenie krok w krok za Potterem. Ale nie mógł przecież
złamać nakazu dyrektora.
Harry odwrócił się tyłem do niego i zacisnął zęby z bezsilnej złości. Jak miał, do
diabła, w takich warunkach kupić prezent dla Snape'a? Szczególnie, że nawet nie
wiedział, co chciałby mu dać. Dlatego potrzebował trochę czasu w samotności, aby
mógł wybrać coś w spokoju i nie bać się, że wszyscy zaczną go wypytywać "dla kogo
to?".
Spojrzał tęsknie w okno i zamrugał, widząc przechodzącą obok sklepu potężną
sylwetkę Hagrida. W jego umyśle zapłonęła lampka. Nie zwracając uwagi na
grzebiącego wśród szat do Quidditcha Rona, wypadł ze sklepu, pośliznął się na
śniegu i wpadł prosto w futrzane palto półolbrzyma.
- Uważaj, Harry, bo jak rypniesz w ten śnieg, nie będzie co zbierać - uśmiechnął się
Hagrid, stawiając go prosto i poklepując po plecach, co poskutkowało tym, że Harry
miał wrażenie, jakby jego płuca się przemieściły.
- Mogę trochę pochodzić z tobą po Hogsmeade? - wypalił Harry, słysząc tupot
biegnącego za nim profesora od Zaklęć. - Mam kilka rzeczy do kupienia, a Rona nie
można stąd odciągnąć - wyjaśnił, wskazując kciukiem za siebie.
- Och, Potter - sapnął Flitwick, zatrzymując się przy Gryfonie. - Nie możesz
wykonywać takich gwałtownych zrywów. Utrudniasz mi zadanie. Och, witaj,
Hagridzie.
- Dobry, psorze. Harry poprosił mnie o eskortę. To chyba nie problem?
Flitwick spojrzał z dołu na półolbrzyma i skrzywił się:
- Ale postaraj się go nie zgubić po drodze. I odprowadź później do Hogwartu. I tak
mam już po dziurki w nosie tych zasp - wymamrotał nauczyciel, odwracając się i
oddalając swoim charakterystycznym, kaczym chodem.
Harry wyszczerzył się do przyjaciela.
- Wielkie dzięki.
- Się robi, Harry. Też nie byłbym zachwycony, gdyby ktoś ciągle za mną łaził. Co u
ciebie?
Ruszyli powoli wzdłuż przeludnionej ulicy. Podróżowanie z Hagridem było o tyle
prostsze, że wszyscy schodzili im z drogi. Harry nie martwił się o Rona. Był tak
pochłonięty sprzętem do Quidditcha, że zanim w ogóle zauważy jego nieobecność,
zdąży już pewnie dawno wszystko załatwić i wrócić.
- Wszystko w porządku, poza tym, że wszyscy traktują mnie tak, jakbym był jakimś
cholernym złotym jajkiem. Kruchym i drogocennym.
- A dziwisz się, Harry? Po tym ataku na ciebie? Szczęście, żeś ocalał i możesz teraz
gadać tu ze mną. Po tym, co wyprawia się ostatnio w Zakazanym Lesie, na miejscu
dyrektora zamknąłbym cię w Hogwarcie i nie pozwolił ci z niego wyłazić ani nawet
wyściubiać nosa poza jego mury.
Harry zmarszczył brwi.
- A co wyprawia się w Zakazanym Lesie?
Hagrid skrzywił się, jakby był zły na siebie.
- Znowu za dużo paplam... - wymamrotał.
- Hagridzie - powiedział Harry z naciskiem. - Co się dzieje w Zakazanym Lesie?
Jeżeli to coś niebezpiecznego, to powinienem chyba o tym wiedzieć, żebym mógł się
przygotować, prawda? Proszę, chociaż ty nie traktuj mnie jak dziecko.
Hagrid zatrzymał się i westchnął ciężko.
- No dobra... Ale nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Ani słówka.
Harry podniósł dłoń.
- Obiecuję.
Półolbrzym pokiwał głową i wbił wzrok w zdeptany śnieg.
- Coś morduje zwierzaki. Coś albo ktoś. I to w straszny, okrutny, przeokropny
sposób.
Harry zmarszczył brwi.
- Zwierzaki? Jakie zwierzaki? I po co? Voldem... Przepraszam, Sam-Wiesz-Kto ma
już swoje ciało i nie potrzebuje krwi jednorożców.
Hagrid pokręcił głową.
- To nie o to chodzi. Psor Dumbledore myśli, że to jakieś... ćwiczenia. Bo ginie
mnóstwo różnych zwierzaków. Nawet ptaki.
- Ćwiczenia? - Nie brzmiało to zbyt przyjemnie.
- Taa... w zabijaniu.
Harry rozszerzył oczy, czując jak jego serce przyspiesza.
- J-jak to?
- Niektóre zwierzaki zabiła Avada, ale niektóre... - Hagrid zawiesił głos, jakby to, o
czym opowiadał, było zbyt przerażające.
- Co? - dopytywał się Harry, czując nieprzyjemny uścisk w gardle.
- Niektóre bidule były poobdzierane ze skóry, niektóre spalone, niektóre zamrożone,
rozwalone na kawałeczki, a nawet znalazłem jednego ptaka z... - Widząc przerażenie
malujące się na twarzy Harry'ego, Hagrid chyba w końcu postanowił ugryźć się w
język. - Chyba się przymknę...
Harry nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Czuł, że robi mu się niedobrze,
kiedy wyobraził sobie te wszystkie okropieństwa.
- To... straszne - zdołał w końcu wydusić.
A Dumbledore to przed nim ukrywał! Cholera, przecież sam często chodził po tym
lesie.
- Nie wiadomo, co je zabiło?
Hagrid pociągnął nosem i pokręcił głową.
- Psor twierdzi, że to wygląda jak sprawka uczącego się "do zawodu" Śmierciożercy.
Podobno te bydlaki ćwiczą najpierw klątwy na biednych zwierzakach, żeby potem
rzucać je na ludzi. Myśli, że to może być sprawka... - Hagrid zająknął się, jakby nie
chciało mu to przejść przez gardło - ...jednego albo kilku uczniów Hogwartu.
Cholibka, Harry, nie podejrzewałem, że dożyję takich czasów, kiedy dzieciaki będą
mordować zwierzaki w moim lesie, żeby ćwiczyć się na Śmierciojadów. Gdybym tylko