- Tak - odparł nieco zbity z tropu Hagrid. - Przepraszam, Harry. Nie wiedziałem, że aż

tak cię to zdenerwuje. Wiem, że psor Snape niezbyt cię lubi, ale moim zdaniem to po

prostu...

Ale Harry nie słuchał już dalej. Wpatrywał się w opryskany piwem stół szeroko

otwartymi oczami i nie mógł uwierzyć własnym uszom.

Snape! Ten wredny, podstępny, ślizgoński Snape! Jak on mógł? Harry prosił go i

niemal błagał na kolanach, aby pozwolił mu spędzić ze sobą święta, a to on był tym,

który doprowadził do tego, że jednak zostanie w Hogwarcie! Zrobił to specjalnie! Tak

wszystko ukartował, aby to Harry prosił go i błagał! I jak zwykle dał mu się

przechytrzyć! Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Tylko skończony kretyn

uwierzyłby, że Snape tak łatwo pozwoli się zmanipulować i nabierze się ta ten, och,

jakże sprytny plan. To on pociągał za sznurki od samego początku. Mógł się tego

domyślić. Snape za bardzo oponował, za bardzo "nie chciał". I pamiętał, tak, teraz pamiętał. I rozumiał. Rozumiał, dlaczego na wspomnienie, że Harry się poddaje i w

takim razie idzie powiedzieć Dumbledore'owi, że pojedzie jednak do Weasleyów...

dlaczego Snape spojrzał na niego z takim zaskoczeniem. I zobaczył gniew w jego

oczach. Był zły, bo pomyślał, że jego plan nie wypalił. Że Harry'emu nie zależało aż

tak bardzo na spędzeniu z nim świąt i że sam się tej możliwości pozbawił przez

swoje durne zagrywki. Ale kiedy Harry zaczął "szantażować" go swoim wielce

podstępnym planem, mógł w końcu łaskawie zgodzić się na jego prośby.

Co za... Snape!

Harry uderzył czołem o blat.

Znowu pozwolił mu się wykiwać. Niech go szlag! Niech go...

Zaraz!

Zmarszczył brwi, pozwalając, by cały gniew spłynął z niego, odsłaniając sedno.

Przecież... przecież skoro Snape powiedział Dumbledore'owi, że Harry powinien

zostać w Hogwarcie, to znaczyło, że... że... chce spędzić z nim święta! Że też chce

spędzić z nim święta. Święta. Z nim. Spędzić. Chce.

Harry poczuł ciepło w żołądku. Uśmiechnął się do siebie.

Cały Snape. Nie mógł pozwolić, aby Harry dowiedział się, że także chce spędzić z

nim święta, więc wymyślił cały ten plan. To było... to było...

Och, do diabła! Miał ochotę po prostu zerwać się, uciec stąd i pobiec do niego.

Pobiec i powiedzieć mu, że tak, zostanie, że powinien był mu po prostu powiedzieć,

że on także chce z nim spędzić święta, że jeżeli tylko zechce, to Harry spędzi z nim

całe życie... że zrobiłby dla niego wszystko, że nie potrafi już bez niego istnieć, że

go... kocha...

Poczuł, że mimowolnie się rumieni.

Kocha... To słowo wydawało się takie dziwne... takie niepasujące.

Harry słyszał je często. Zakochane pary, które widywał na korytarzach przez cały

czas, obrzucały się tym słowem, jakby to był jakiś... ochłap. Coś tak zwyczajnego i

trywialnego, że nie warto zaprzątać sobie tym głowy przez czas dłuższy, niż jest

potrzebny, aby je wypowiedzieć.

Ale Severus... czy mógł używać tego słowa w stosunku do tego, co do niego czuł?

Wciąż wydawało mu się zbyt duże, zbyt... poważne. Może dlatego, że nikt mu tego

nigdy nie mówił? Przez całe swoje życie nie usłyszał tego słowa ani razu. I ani razu

go nie użył. A przecież wiedział podskórnie... wiedział, że... że jednak jest ktoś, kto

go kocha. Hermiona i Ron, jego rodzice, Syriusz, a nawet może... może trochę

Dumbledore i Hagrid. I pani Weasley.

Ale... ale to było zupełnie co innego. Żadna z tych osób nie sprawiała, że czuł się

tak... tak... jakby jego serce chciało eksplodować, gdy tylko na nich spojrzał. Miał

ochotę wydrapać je sobie z piersi, aby chociaż na chwilę zamilkło i nie reagowało tak

gwałtownie na każde spojrzenie, każde słowo, każdy dotyk... Aby nie umierało i nie

odradzało się na nowo z powodów, których sam nie do końca rozumiał.

Czy to... czy to właśnie oznaczało "kochać"?

Jeżeli tak... to był w bardzo poważnych tarapatach.

- Zawsze to samo! Zawsze masz taką samą wymówkę! - cichy krzyk Luny wdarł się

w umysł Harry'ego i sprowadził go na ziemię. Chłopak zamrugał kilka razy i rozejrzał

się wokół nieco nieprzytomnym wzrokiem. Hagrid chrapał donośnie, oparty o ścianę

za sobą, a Tonks siedziała zszokowana, wpatrując się w drzwi, za którymi właśnie

przed chwilą zniknęła Luna.

Do pomieszczenia wdarł się chłodny zapach śniegu i wiatru. Harry spojrzał na

tańczące pary. Wyglądało na to, że wszyscy byli tak zajęci sobą, iż nikt nawet nie

zauważył tego małego incydentu. Nawet Hermiona i Ron, którzy tańczyli mocno w

siebie wtuleni.

Harry zerknął na Tonks. Nimfadora wbiła rozbiegane spojrzenie w stół. Jej włosy

całkiem wyblakły, przybierając niemal mysi kolor. Co jakiś czas spoglądała na drzwi,

za którymi zniknęła Luna, i wyglądała, jakby walczyła ze sobą.

I chyba w końcu przegrała. Oblizała wargi i spróbowała uśmiechnąć się do Harry'ego.

- Na dworze jest ciemno, nie powinna się oddalać. Pójdę jej poszukać. Muszę...

muszę was pilnować. Ona nie może tak... Wiesz, o co mi chodzi. Zaraz wracam -

wyszeptała, niemal zrywając się z miejsca. Podbiegła do drzwi, otworzyła je i

zniknęła w ciemności.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги