podniecenia, wszystkich buzujących w niej emocji. Harry nigdy jeszcze nie widział
takiej gry świateł, takiej rozlewającej się na włosach, iskrzącej tęczy.
Zacisnął oczy, czując, że kręci mu się w głowie. Oparł czoło o ścianę i zaczął
oddychać ciężko, próbując zapanować nad bijącym szaleńczo sercem i drżeniem w
dolnych partiach ciała.
Nie, musiał coś z tym zrobić! Nie sądził, że samo oglądanie może być tak...
stymulujące.
Rozejrzał się wokół. Spływające z nieba światło księżyca odbijało się od śniegu. Było
niezwykle jasno. I cicho.
Do jego uszu dobiegały pojękiwania Luny i cichy szept Tonks. Choć nie potrafił
rozróżnić słów. Już nie. Nie w stanie, w którym się znajdował. Było zimno, ale on
odczuwał jedynie żar.
Musiał to zrobić! Musiał, bo jeżeli tego nie zrobi, to... eksploduje.
Rozpiął spodnie i dotknął swojego pulsującego członka. Jego dłoń była zimna.
Niemal tak zimna, jak dłoń Sev... Szybko zasłonił usta, tłumiąc jęk. Oparł się czołem
o chłodne drewno i owinął swoje lodowato zimne palce wokół rozgrzanego,
błagającego o spełnienie penisa. Wrażenie było tak intensywne, że niemal przestał
oddychać. Przez moment dyszał ciężko przez nos, próbując odzyskać kontrolę nad
sobą, ale nie był w stanie. Jego ciało błagało, jego umysł krzyczał, a usta jęczały w
zaciśniętą na nich konwulsyjnie dłoń. Jakże łatwo było wyobrazić sobie, że te
chłodne dłonie należą do Severusa, że to jego ręka zaczyna bardzo powoli poruszać
się na jego członku. Ostrożnie, bardzo ostrożnie, ponieważ był tak podniecony, że
każdy gwałtowniejszy ruch doprowadziłby go do natychmiastowego wybuchu.
I jakże łatwo było wyobrazić sobie usta Severusa... całujące go z takim głodem, z
takim pożądaniem... Jego śliski język wdzierający się siłą do gardła, penetrujący
ciepłe wnętrze ust, podniebienie, wewnętrzne strony policzków, te cienkie, twarde
wargi maltretujące jego usta, pożerające je...
Dłoń przyspieszyła. Samoczynnie. Przesuwała się po wrażliwej skórze, po
pulsującym pragnieniu, niemal wyciskając z niego orgazm.
Czuł łzy w oczach. Jakże łatwo było oszukać umysł... Jakże łatwo było wyobrazić
sobie teraz ten cichy, mroczny szept przy uchu:
Jestem spragniony twoich ust, Potter.
Jakże łatwo było wyobrazić sobie, że sięga do tych ust i spija z nich ten cichy szept...
Poczuł eksplozję. Niewiarygodnie silną, oślepiającą, białą eksplozję. Wszystkie
wyobrażenia skumulowały się, spłynęły do tego jedynego miejsca i zamieniły w
lepką, ciepłą ciecz zalewającą jego palce. Poprzez szum i dzwonienie w uszach
słyszał swój zduszony przyciśniętą do ust dłonią jęk, mieszający się z dochodzącymi
zza ściany cichymi odgłosami. Niemal osunął się na ziemię, próbując utrzymać się
na drżących nogach, które po chwilowym naprężeniu stały się nagle niezwykle słabe.
Czuł spływające po policzkach łzy i zanikające powoli fale niemożliwej do opisania
przyjemności.
O tak, jakże łatwo było oszukać umysł... Severus miał rację.
Stał jeszcze przez chwilę, przyciskając czoło do drewnianych desek i próbując
wyrównać urywany, ciężki oddech. Miał wrażenie, że wszystkie jego mięsnie roztopiły
się. Jego dłoń drżała, kiedy w końcu odważył się oderwać ją od ust. Uniósł rozpalone
powieki. Kręciło mu się w głowie. Jeszcze bardziej niż wcześniej.
Zza ściany dochodziły pomruki i sapanie. Doprowadził się do porządku i po chwili
wahania zdecydował się zerknąć jeszcze raz. Jeden, ostatni raz.
Luna leżała na stojącym pod ścianą drewnianym stole. Naga. Jej niewiarygodnie
blada skóra lśniła w świetle księżyca, kiedy wyginała się, odrzucając głowę do tyłu.
Jasne włosy spływały ze stołu i niemal sięgały podłogi. Pomalowane na czarno
paznokcie Nimfadory zaciskały się na rozchylonych i uniesionych w górę udach
Luny... A Tonks klęczała pomiędzy nimi... Jej iskrzące wszystkimi kolorami tęczy
włosy opadły na drżące w spazmach podbrzusze dziewczyny i Harry nie mógł
zobaczyć nic poza powolnym, leniwym rytmem, w którym poruszała się głowa Tonks.
Oderwał się od szczeliny i oparł plecami o ścianę, czując, że serce ponownie
podskakuje mu do gardła, pragnąc niemal wyrwać mu się z piersi. Czuł, jak jego
policzki płoną.
Nie, dosyć tego! To było... zbyt intymne. Nie mógł tak stać tutaj i... A co jeżeli ktoś
podglądałby jego i Snape'a? Nie, musiał odejść. Zostawić je. Pozwolić, by były...
szczęśliwe ze sobą.
Nawet, jeżeli on sam czuł się teraz przerażająco rozdarty. I tak straszliwie samotny...
Odepchnął się od ściany i zataczając się nieco, ruszył w drogę powrotną do gospody,
wciąż nie potrafiąc uwierzyć w to, co zobaczył. A jednocześnie nie mogąc pozbyć się
z głowy ostatniego obrazu. Naga Luna i klęcząca pomiędzy jej udami Tonks...
Dlaczego jego rozdygotany umysł od razu podsunął w to miejsce jego samego i
Severusa? Merlinie, gdyby tak Severus kiedyś... pewnego dnia... też uklęknął przed
nim i... i...
Nie! Już dosyć! Nie może o tym myśleć! To się nigdy nie wydarzy...
Zagryzł wargę i zatrzymał się, wpatrując się w iskrzący w blasku księżyca śnieg.
Luna i Tonks... Jasne, że podejrzewał to już od dawna. Od kiedy zobaczył Lunę