łazienki. Przez chwilę panowała aksamitna cisza. Po jakimś czasie usłyszał odgłos
spływającej wody i bardzo szybko zacisnął oczy, próbując wyrzucić z myśli obraz
nagiego Severusa pod prysznicem.
Nie, nie! Dosyć już! Miał się ubrać!
Westchnął i spróbował się podnieść. Nie miał siły. Chyba wszystkie jego mięśnie
zamieniły się w watę, i to niezwykle bolesną, a tyłek tak pulsował, że nie wyobrażał
sobie, jak miałby na nim teraz usiąść.
Z ogromnym wysiłkiem i wrażeniem, jakby znajdował się pod powierzchnią gęstej
cieczy, która uniemożliwia mu wykonywanie ruchów, udało mu się założyć slipy.
Opadł na poduszkę, wzdychając głęboko. Chwilę odpocznie i zaraz spróbuje ubrać
resztę. Czuł się tak, jakby jego nogi i ramiona ważyły tonę. Mięśnie wciąż mu drżały i
kręciło mu się w głowie. I był tak bardzo zmęczony...
Odpocznie tylko chwilkę, małą chwilkę... I zaraz dokończy... to coś, co miał zrobić.
A co miał zrobić? Poduszka była taka miękka... i ciepła.
Nie, coś miał zrobić. Coś skończyć.
Nieważne. Wszystko go bolało. Chciał tylko leżeć. Nie potrafił otworzyć oczu. W
ciemności było tak przyjemnie. Otulała go, oplatała. Kołysała.
Cisza. Mrok. Słodka radość.
Tak.
Hmm... czy mu się wydawało, czy słyszał jakiś głos, który go wołał?
- Potter!
- Hmm? - Chyba udało mu się wydać jakiś dźwięk, ale nie był tego pewien.
- Potter, wstawaj natychmiast! Nie możesz tutaj spać!
- Nnnn... - wymruczał, mocniej wtulając twarz w poduszkę. Czego ten głos chciał?
Chyba kazał mu coś zrobić. - Jutro skończę - wymamrotał i ponownie zanurzył się w
ciepłą ciemność, na granicy której unosiły się strzępki jakichś dźwięków... i doznań.
Chyba kroki. I... westchnienie.
Poczuł, jak coś potrząsa go za ramię.
- Potter, mówię po raz ost...
- Spaaaaaać - jęknął, zwijając się w kłębek i próbując uciec od tego głosu, który nie
pozwalał mu zasnąć.
Ponownie usłyszał westchnienie, tym razem cięższe.
Zamruczał w poduszkę, jeszcze bardziej wtulając się w miękką ciemność. Poczuł
jakieś poruszenie na swojej twarzy. Jego okulary. Chyba ktoś mu je zdjął. I odłożył na
szafkę, sądząc po odgłosie.
Nieważne. Spać
Zrobiło się cieplej. Coś opadło na jego ciało, zakrywając go aż po ramiona. Było mu
tak przyjemnie...
Zaraz, chyba powinien coś jeszcze zrobić. Powiedzieć. Zawsze coś mówił. I zawsze
mówił to Severusowi. Nie może zasnąć, zanim tego nie zrobi.
- Dobranoc, Severusie - wymamrotał cicho w poduszkę.
Tak, to było to. Teraz mógł już zasnąć. Teraz mógł już pozwolić, aby ciemność otuliła
go całego i zamknęła w swoim kokonie.
I zrobił to, odpływając coraz głębiej i głębiej w słodki sen. Kiedy się w nim zanurzał, a świat zamykał się nad nim, miał wrażenie, że usłyszał bardzo, bardzo odległy głos,
szepczący "dobranoc".
Ale może tylko mu się to wydawało? A może już śnił?
***
Harry upadł na wilgotną trawę. Kręciło mu się w głowie. Miał wrażenie, jakby przed
chwilą jechał kolejką górską.
Zamrugał i wypluł z ust mokre źdźbło, po czym podniósł głowę i rozejrzał się.
W słabym świetle księżyca dostrzegł przed sobą kamienną, porośniętą mchem płytę.
Wyglądała tak, jakby wynurzyła się spod ziemi, zaplątana w długie, zwisające z niej
łodygi. Albo korzenie. Kiedy wytrzeszczył oczy, dostrzegł wyryte w kamieniu słowa. I
teraz już wiedział, co to było. Nagrobek.
Podniósł się na kolana i w polu jego widzenia pojawiły się kolejne nagrobki i rzeźby,
wyglądające niczym zmarli, którzy zastygli w próbie wydostania się z krainy śmierci.
W ich wyciągniętych, splątanych łodygami ramionach było coś przerażającego. Harry
przełknął ślinę i kucnął, z nieznanego powodu wciąż obawiając się wyprostować.
Znajdował się na cmentarzu.
Wzdrygnął się, kiedy usłyszał za sobą jakiś jęk. Wyglądało na to, że nie jest tutaj
sam.
Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł leżącą w trawie postać, która poruszyła się i
podniosła głowę.
To był Cedrik.
Harry miał niejasne wrażenie, że już tu kiedyś był. Że coś takiego już się zdarzyło. A
to jedynie wzmogło pełzający pod skórą niepokój.
Wyprostował się i rozejrzał. Światło księżyca było zbyt słabe, aby mógł dostrzec
szczegóły otoczenia, dlatego podszedł bliżej do wyrastającego przed nim nagrobka,
słysząc ciche stęknięcia próbującego podnieść się na nogi Puchona. Wysilił wzrok,
aby odczytać znajdujący się na kamieniu napis.
Tom Riddle.
Ogarnął go znajomy strach, a jego serce natychmiast zareagowało, przyspieszając
rytm i podchodząc mu do gardła. Odskoczył od nagrobka tak gwałtownie, jakby
wystrzeliły z niego próbujące go dosięgnąć płomienie.
Nagle usłyszał kroki. Chrzęszczące na pokrywających ziemię patykach. Rozejrzał
się, szukając ich źródła.
Z ciemności wynurzyła się przygarbiona postać, niosąc na rękach małe zawiniątko.
Człowieczek był niski i chudy i poruszał się niczym przestraszony, węszący szczur.
Harry poczuł, jak coś ciężkiego opada mu do żołądka, a w piersi zaczyna płonąć
gniew. Silniejszy od strachu.
Glizdogon!
Nie, było coś jeszcze. Wiedział to w chwili, kiedy jego bliznę przeszył niewyobrażalny
ból, jakby ktoś dotknął jego czoła rozżarzonym pogrzebaczem.
I wtedy to zobaczył. Białą, błyszczącą czaszkę wychylającą się z zawiniątka.