Przerażenie ścisnęło mu gardło.
To był Voldemort! Wiedział o tym!
Ale jak? Skąd?
Zanim zdążył zareagować, usłyszał wysoki, rozrywający głowę syk:
- Zabij niepotrzebnego.
W dłoni Glizdogona pojawiła się różdżka i Harry widział jak na zwolnionym filmie, jak
wargi mężczyzny układają się w słowa Klątwy Uśmiercającej, a on sam odwraca się
do Cedrika, chcąc go ostrzec, ale krzyk zamarł mu na ustach, kiedy zobaczył, że
Puchona już za nim nie ma. Że na jego miejscu stoi wysoka postać w czarnej szacie.
Severus!
- Avada Kedavra!
Mógł tylko patrzeć bezradnie, jak z różdżki Glizdogona wylatuje zielony promień i
trafia prosto w klatkę piersiową zaskoczonego mężczyzny.
I w tym momencie Harry poczuł się tak, jakby coś wyrwano mu z piersi, kiedy patrzył,
jak szczupłe ciało upada w wilgotną trawę, odrzucone siłą uderzenia, jakby nie było
niczym więcej, tylko szmaciana lalką, kukłą bez życia.
Harry widział siebie, jak biegnie i przypada do leżącego na ziemi ciała i spogląda w
rozszerzone oczy Severusa. Nadal były czarne. Ale nie było w nich już tego światła,
którego zawsze szukał, na które z taką niecierpliwością wyczekiwał.
Były puste. Zimne. Martwe.
Poczuł jak w głębi jego ciała, w samym zalążku duszy pojawia się ból. I rośnie,
rośnie, rozdzierając jego wnętrzności, serce, wszystko, co napotyka na swojej
drodze, pragnąc się uwolnić. A kiedy dotarł do ust, niósł już ze sobą wszystko, co
tylko był w stanie zebrać, pozostawiając po sobie jedynie krwawiące zgliszcza. I
pustkę.
I kiedy w końcu wydostał się z gardła, eksplodował cierpieniem, które przeobraziło
się w zachrypnięte, rozdzierające wycie.
- NIEEEEEEEEEE...!
Miał wrażenie, jakby opadał w pustkę, jakby teraz, w tej jednej chwili wszystko, całe
jego życie przestało mieć znaczenie. Pragnął jedynie ciemności i zapomnienia. I
tego, aby ten ból odszedł, ponieważ miał wrażenie, jakby przeżarł wszystkie jego
wnętrzności.
Ale w tej pełnej przerażenia i bólu ciemności, pojawił się jakiś odległy głos. Jednak
Harry nie chciał go do siebie dopuścić. Nie chciał go słuchać.
Głos był jednak coraz wyraźniejszy, przybliżał się.
- ...ter! Potter, do jasnej cholery!
Coś go szarpało. Potrząsało za ramiona. Ktoś.
Harry chciał, żeby sobie poszedł. Nie chciał nic czuć. Chciał tylko krzyczeć i
krzyczeć, ponieważ tylko to pozwalało mu stłumić ból chociaż odrobinę.
- Potter! Obudź się!
Harry uniósł powieki i zobaczył oczy.
Czarne oczy. Nie puste, nie zimne.
Tak samo rozszerzone, nieco zamazane, ale widział w nich światło. Płomienie.
Strach.
Widział życie.
Zerwał się i desperacko rzucił na szyję pochylonego nad nim Severusa, ściskając go
tak mocno, jakby już nigdy nie miał zamiaru go puścić.
- Ty żyjesz... - wyszeptał zachrypniętym głosem. - Żyjesz... On cię nie zabił...
Czuł jak jego serce bije niemal w króliczym tempie. Nie potrafił złapać tchu, a pod
zaciśniętymi powiekami pojawiły się łzy, ale to się nie liczyło, ponieważ Severus
wciąż tu był. Nie odszedł.
Żył.
Wcisnął twarz w szyję mężczyzny, wyczuwając jego przyspieszony puls i jeszcze
nigdy w całym swoim życiu nie czuł takiej ulgi.
- Potter... - zaczął Severus. W jego głosie było wahanie i kiedy Harry go usłyszał,
zrozumiał jaka to była głupia sytuacja.
Zachował się jak pięciolatek, który po koszmarze rzuca się przerażony na szyję
jednego z rodziców.
Nie, Snape nie może widzieć go w takim stanie, nie może widzieć jego roztrzęsienia.
Harry nie chciał, aby jutro rano się z niego naśmiewał.
Puścił go, starając się nie trząść aż tak bardzo i z pochyloną głową, nie chcąc
spojrzeć mu w twarz, wymamrotał:
- Przepraszam. Nic mi nie jest. Muszę tylko pójść do łazienki. Wszystko w porządku.
Wstał z łóżka, czując, jak jego obolałe mięśnie protestują przeciwko takiemu
wysiłkowi i ruszył przed siebie, nie zważając nawet na pulsujący ból otartego tyłka.
Było ciemno, ale nie przejmował się zapaleniem światła. Nie obchodziło go nawet to,
że nie miał okularów.
Chciał jak najszybciej być sam.
Potknął się o coś leżącego na podłodze i wpadł na komodę.
- Wszystko w porządku - wymamrotał ponownie i po omacku dotarł do drzwi łazienki.
Kiedy zatrzasnął je za sobą i został otoczony pustką i ciemnością, mógł w końcu
pozwolić sobie na wibrujące, zachrypnięte westchnienie, które paliło jego gardło,
odkąd się obudził.
Nie wiedział, jak mu się to udało, ale dotarł do umywalki i pochylił się nad nią,
opuszczając głowę i opierając się przedramionami o jej chłodne brzegi. Trząsł się tak
bardzo, iż z trudem utrzymywał się na nogach i wciąż czuł w żołądku tą palącą
gorycz, jakby coś rozszarpało mu wnętrzności. Było mu niedobrze i wyczuwał, jak ta
gorycz płynie wzdłuż jego przełyku. Targnęły nim torsje i zwymiotował. Miał wrażenie,
jakby przy każdym szarpnięciu coś rozrywało go od środka i najwyraźniej chciało
sprawić, aby nie pozostało w nim zupełnie nic.
Może to i lepiej. Może wtedy przestałby czuć to bolesne przerażenie, które zacisnęło
się na jego sercu i żyłach, pulsowało w skroniach i bębniło w uszach.
Severus...
Wciąż widział przed oczami ten zielony blask i leżące na ziemi ciało z rozrzuconymi
kończynami. I pustkę w czarnych oczach.
Nie!