- Ty bezczelna ignorantko, znam takie zaklęcia, o których ci się nie śniło. Lepiej nie
wybieraj się na żadne nocne spacery, bo może przydarzyć ci się jakiś niefortunny
wypadek i zostaniesz odesłana na bardzo długi odpoczynek do Munga.
- Severusie! - Głos dyrektora był podniesiony i wyjątkowo surowy. - Nie życzę sobie
tego typu uwag. Oboje jesteście członkami grona pedagogicznego.
Widząc że Severus niemal wibruje z wściekłości, Harry wolałby stanąć oko w oko ze
stadem rogogonów węgierskich, niż znaleźć się w tej chwili sam na sam ze
znajdującym się w takim stanie Snape'em.
Na szczęście dyrektor oszczędził mu dalszej męki, podziękował za pomoc i poprosił
o opuszczenie gabinetu, a Harry jeszcze nigdy nie poczuł takiej ulgi, wychodząc z
tego pomieszczenia. Sytuacja nie była zbyt wesoła. Wiedział, że Severus potrafi
mówić różne perfidne rzeczy, kiedy jest wściekły, ale nigdy nie spodziewał się, że
posunie się aż do grożenia innemu nauczycielowi w obecności dyrektora szkoły.
Dlaczego on aż tak nienawidził Tonks? Wyglądało na to, że Severus ogólnie nie
przepada za aurorami i może to było głównym czynnikiem. Zresztą czasami
wydawało mu się, że Severus nienawidzi wszystkich ludzi na świecie. Jego rodziców,
Syriusza, Lupina, Tonks, Weasleyów, jego przyjaciół, wszystkich uczniów w szkole i
chyba także wszystkich nauczycieli. Może jedynym wyjątkiem był Dumbledore. Albo
był to po prostu pewnego rodzaju respekt i Severus skrzętnie ukrywał swoją
nienawiść.
A co w takim razie z nim? Przecież po tym wszystkim, co się pomiędzy nimi
wydarzyło... Po wczorajszej nocy...
Nie, Harry był niemal pewien, że jest chyba jedyną osobą na świecie, której Severus
nie nienawidzi. A to było bardzo miłe uczucie.
Uśmiechnął się do swoich myśli i nagle zorientował się, że dotarł już do dormitorium.
Cóż, równie dobrze mógłby wziąć prezent dla Hagrida i pójść do niego teraz. Może
przestanie wtedy myśleć o Snapie. Chociaż na chwilę.
***
U Hagrida spędził niemal całe popołudnie. Półolbrzymowi bardzo spodobała się
uprząż na smoki, którą podarował mu Harry. On dostał w prezencie bransoletę z kłów
krakwatów, ponieważ, jak wytłumaczył mu Hagrid, zwierzęta te co jakiś czas
zmieniają uzębienie, a ich kły są wyjątkowo rzadkie i drogocenne, no i takie
"zajefajne".
Tak, Harry musiał się zgodzić, że długie, ostre jak szpilki żółtawe kły są bardzo
"zajefajnie". Szczególnie, kiedy wyglądają tak, jakby wbijały się w przegub dłoni.
Przyjaciel nalał mu mocnej jak żelazo herbaty z mlekiem i przez długi czas gawędzili
o różnych sprawach Hogwartu i najdziwniejszych zwierzętach, jakie Hagrid
kiedykolwiek spotkał. Później półolbrzym zabrał Harry'ego do Zakazanego Lasu, aby
pokazać mu, jak wyrosły jego "krakwatki". Przez jakieś pół godziny przedzierali się przez pokryte śniegową czapą krzaki, aby dotrzeć do polany, której Harry kompletnie
nie znał. Zaczaili się w krzewach, Hagrid poprosił go, aby rzucił na nich zaklęcie
maskujące i czekali.
- Zawsze jak jest taka słoneczna pogoda to wyłażą na żer, bo lubią się wygrzewać w
słoneczku, podczas rozrywania na kawałki i zjadania swoich ofiar.
- Uhm - mruknął cicho Harry, starając się być jak najmniej widocznym, ponieważ ta
część o rozrywaniu i zjadaniu wybitnie mu się nie spodobała.
- O, tam jest jeden! Widzisz? - Hagrid wyciągnął wielką rękę wskazując na
opancerzone, sześcionogie stworzenie wielkości szafy, które wyszło spomiędzy
drzew. Błyszczące w słońcu trzy pary oczu i szczęka pełna "zajefajnych" żółtych kłów dopełniały przerażającego widoku. Ostatni raz, kiedy widział te stworzenia, sięgały
mu do pasa, a teraz...
Cofnął się mimowolnie i nastąpił na leżącą pod śniegiem gałąź, która złamała się,
wydając z siebie wyjątkowo donośny dźwięk.
Zwierzę odwróciło się błyskawicznie i wbiło w miejsce, w którym stał Harry, cały
zestaw swoich czarnych jak węgle oczu.
- Eee... Hagridzie. - Harry starał się mówić bezgłośnie, ale zdawał sobie sprawę, że
nie bardzo mu to wychodzi. - Jesteś pewien, że one nas nie zaatakują?
- Nie no, gdybym był pewien, to byśmy się nie maskowali, nie? Więc uważaj, gdzie
łazisz, bo one potrafią być diabelnie szybkie, a nie mam przy sobie proszku z igieł
szpiczaka.
- Czego? - Harry zatrzymał się, bojąc się przesunąć stopę nawet o milimetr.
- Taki proszek, co to najlepiej działa na ukąszenia krakwatów. Wyciąga jad i wysusza
ranę. Podobno w księgach uzdrowicielskich piszą, że najlepszy jest eliksir ze skrzeku
żaberta, ale raz go wypróbowałem i rana śliniła mi się przez dwa tygodnie. Niemal
wyciągnąłem kopyta. Na szczęście znajomy, od którego kupiłem jaja krakwatów
przysłał mi sowę, żebym spróbował zdobyć trochę igieł szpiczaka, roztarł je na
miazgę i wsmarował w ranę. I uwierzysz, że już po dwóch dniach przeszło? Trzeba
by napisać do tych mądrych głów, co to piszą te książki, żeby to dodały. Trochę za
mało się na tym znają. Ale nie dziwię się, w końcu odkryto je niedawno. To znaczy,
krakwaty, a nie uzdrowicielskich czarodziejów, ma się rozumieć.
Harry słuchał jednym uchem, obserwując jak olbrzymie stworzenie rzuca się na