Czy miał mu za złe, że nie potrafił powstrzymać wypływającego żalu, czy też

stwierdził, że już mu się należycie odpłacił?

Harry nie zaprzeczał, że to, co mężczyzna mu wtedy zrobił, było... do licha, nawet nie

potrafił tego opisać. Było chore. Ale doskonale zdawał sobie sprawę, że po części

wina leżała także po jego stronie.

A teraz nie wiedział już nic. Kompletnie nic. Udawanie, że nic nie zaszło, byłoby

najłatwiejszym rozwiązaniem. Ale czasami, kiedy chce się dojść do celu, pozornie

najprostsza droga potrafi wyprowadzić na manowce albo skończyć się nagle ostrym,

stromym urwiskiem. I wtedy trzeba wybrać tę trudniejszą, która, pomimo wybojów i

nagłych śmiertelnych zakrętów, jako jedyna zaprowadzi cię tam, gdzie pragniesz

dotrzeć. A Harry zdecydowanie wiedział, dokąd chce dotrzeć.

Musi z nim porozmawiać! Przekonać go, że to, co mówił, było prawdą. Że naprawdę

tak uważa. Że nie jest tylko głupim, naiwnym dzieciakiem. Że nie rzuca słów na wiatr,

a kiedy sprawy zaczynają się komplikować, okazuje się, że to wszystko były jedynie

czczym kłamstwem, że za słowami nie stoją czyny.

I udowodni to!

Z takim właśnie postanowieniem wstał dzisiejszego poranka. A teraz siedział i

zastanawiał sie, jak zmusić mężczyznę do spotkania. Ponownie spojrzał na leżący na

pościeli kamień i wziął go do ręki.

Trudno. W takim razie przytulę w zamian podręcznik do Eliksirów. Twoja strata.

***

Ukryty pod peleryną niewidką Harry ponownie spojrzał na Mapę Huncwotów.

Pomimo tego, że był środek nocy, siedział na kamiennej posadzce pod gabinetem

Snape'a i czekał na niego od dobrych kilkunastu minut. Od kiedy tylko zobaczył, że

mężczyzna wraca przez błonia do zamku i kieruje się prosto do gabinetu dyrektora.

Przecież kiedyś musi w końcu przyjść do swoich komnat! Zniknął niemal na cały

dzień i Harry nie miał okazji, aby złapać go wcześniej. Nie pojawił się nawet na

skromnej uroczystości sylwestrowej, którą dyrektor zorganizował wieczorem w

Wielkiej Sali. Nawet fajerwerki nie potrafiły sprawić, aby myśli Harry'ego nie frunęły

co chwilę w stronę nieobecnego Severusa. Pamiętając, w jaki sposób skończyła się

ostatnia wizyta bez zapowiedzi, postanowił że już nigdy więcej nie pójdzie do niego

nieproszony, ale to był jedyny sposób, aby mógł z nim porozmawiać, gdyż wydawało

mu się, że mężczyzna go unika. Cóż, co prawda minął zaledwie jeden dzień, w

trakcie którego Snape wyglądał na nieco zajętego, ale Harry postanowił, że nie

będzie czekał. Im szybciej to załatwi, tym lepiej.

Och! Snape wyszedł w końcu z gabinetu Dumbledore'a!

Chłopak uważnie śledził czarną, przemierzającą zamek kropkę. Tak, szedł tutaj!

Zerwał się na równe nogi i wcisnął mapę do kieszeni, wbijając wzrok w mroczny,

długi korytarz. Wydawało mu się, że czas wlecze się jak gumochłon i że czeka już

całą wieczność, kiedy w oddali zamajaczyła wysoka sylwetka.

Wziął głęboki oddech, czując, jak jego serce zaczyna przyspieszać i wpatrując się w

odległą postać z taką intensywnością, że niemal zaczęły mu łzawić oczy. Tak, to był

Severus. Nawet z daleka potrafił rozpoznać te długie, zdecydowane kroki, dumną,

wyprostowana sylwetkę i powiewające przy każdym ruchu szaty. Kiedy mężczyzna

był już wystarczająco blisko, Harry sięgnął do swojej peleryny z zamiarem zdjęcia jej,

lecz gdy Mistrz Eliksirów wkroczył w krąg światła rzucanego przez najbliższą

pochodnię, zamarł, a jego oczy rozszerzyły się.

Severus miał na sobie szaty Śmierciożercy. Splamione krwią szaty Śmierciożercy. W

dłoni niósł białą, pokrytą czerwonymi, nie do końca jeszcze zaschniętymi kroplami

maskę, a jego twarz...

Harry przełknął ślinę, automatycznie odsuwając się pod ścianę i przywierając do niej

plecami.

Nie chodziło o to, że twarz mężczyzny wyglądała na pogrążoną w głębokich

rozmyślaniach, nie chodziło o to, że jego czarne brwi ściągnięte były w wyrazie

gniewu, a nawet czegoś, co wykraczało daleko poza gniew i niebezpiecznie zbliżało

się do granicy furii, nie chodziło nawet o zaciśnięte mocno i niemal boleśnie,

wykrzywione wargi. Chodziło o jego wzrok. Obcy i odległy. Chodziło o oczy, poprzez

które nie patrzył Severus, jakiego Harry znał, tylko coś, coś, co było pozbawione

uczuć, pogrążone w mroku, płonące... lecz płonące lodem.

Wszystko to razem, zebrane na tej bladej, ostrej twarzy, na którą opadały zlepione

krwią włosy sprawiło, że Harry zaczął się trząść i nie potrafił nad tym zapanować.

Cała odwaga wydawała się z niego ulecieć. Stał tylko pod ścianą, nie będąc w stanie

się poruszyć i wpatrując się w nadchodzącego Snape'a.

Doskonale wiedział, gdzie Severus był i co robił, więc czyż nie była to idealna okazja,

aby udowodnić jemu, a także sobie, że to, co mówił, było prawdą?

Ale, ale...

Mężczyzna przeszedł obok niego i zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do

gabinetu. Wymruczał pod nosem zaklęcie i Harry z przerażeniem obserwował, jak

ciężkie, drewniane skrzydło otwiera się. Miał tylko kilka sekund na podjęcie decyzji.

Spojrzał na tę pochyloną, zakrytą w tej chwili włosami, tak dobrze mu znaną twarz i

zacisnął pięści.

To był Severus! Jego Severus! Od początku do końca, od tych czarnych butów, które

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги