twarz dłonią w pozie Myśliciela widzianego kiedyś w jednym z albumów o sztuce,
które namiętnie kolekcjonowała ciotka Petunia, aby móc pochwalić się nimi
sąsiadom, a do których nigdy nawet nie zaglądała.
Ściskając kamień w dłoni i czując spływającą po plecach falę zawodu, nie potrafił
powstrzymać wysyłanych mimowolnie chaotycznych myśli:
To... szkoda... Ja tylko... tak bardzo tęsknię i pomyślałem... że chciałbym się do
ciebie przytulić. Ale to już nieważne. Przepraszam.
Cholera!
Wypuścił klejnot z dłoni i pozwolił, aby opadł na pościel.
Jak zwykle wyszedł na głupka. Ale to nie jego wina, że tak rozpaczliwie chciał z
Severusem porozmawiać. Dzisiejszej nocy prawie nie spał, zastanawiając nad
wszystkim, co się ostatnio pomiędzy nimi wydarzyło i od kiedy tylko otworzył oczy,
myślał tylko o tym, aby jak najszybciej pójść do niego i powiedzieć mu to wszystko...
to wszystko, co...
Niech to szlag!
Severusa nie było na śniadaniu i Harry nie widział go od wczoraj, od czasu tego...
dziwacznego spotkania w sali Runów.
Dopiero, kiedy niczym pijany wrócił już do siebie, mając w głowie taki mętlik, iż
podejrzewał, że Węzeł Gordyjski przy nim to zaledwie niewielki supełek, kiedy z
westchnieniem opadł na łóżko, wcisnął twarz w poduszkę, zamknął oczy i pozwolił
swoim myślom płynąć swobodnie... dopiero wtedy był w stanie przeanalizować
wszystko, co zaszło.
Snape go przeprosił. W końcu. No, powiedzmy, że przeprosił. A przynajmniej
powiedział coś, co w jego słowniku zapewne uchodziłoby za przeprosiny, gdyby
mężczyzna w ogóle znał takie słowo. I Harry wiedział, że z pewnością musiało go to
wiele kosztować...
Był jednak w tamtej chwili tak pochłonięty swoim żalem, że w ogóle tego nie
zauważył. Ale, biorąc wszystko pod uwagę... czy naprawdę powinien reagować aż
tak emocjonalnie? Bo, powiedzmy sobie szczerze, nie obudził się nagle z ręką w
kociołku. Znał Severusa już na tyle dobrze, aby... może nie zrozumieć, ale
przynajmniej [i]przewidzieć[/i] jego zachowanie. Nie pierwszy i nie ostatni raz Snape
powiedział coś, co go zraniło. Czy powinno go to aż tak zaboleć?
Oczywiście, że powinno. Bo tak naprawdę, kiedy teraz o tym myślał, to wcale nie
chodziło o to, co mężczyzna powiedział w tamtej chwili, ale o... wszystko. Odsuwał
się, odtrącał go, oddalał się od niego i przecież to było widać! A potem bezczelnie
zaprzeczał! I na koniec potraktował go jak gówno.
To przelało czarę. Czasami nawet nie wiemy, nie odczuwamy, jak każdy
najdrobniejszy gest, spojrzenie, pozornie nic nieznaczące słowa wypełniają nas,
zagnieżdżając się głęboko w sercu. Dzieje się tak nawet gdy udajemy przed sobą, że
nic takiego nie ma miejsca. I w pewnym momencie jest już za późno. Kolejne
niepozorne słowo przerywa tamę i wszystko się wylewa, a im mniejszy przesmyk,
tym twardszy, ślepy strumień, napierający pod takim ciśnieniem, iż nic nie jest w
stanie go powstrzymać. Pulsuje i wybija wyrwy, poszerzając szczelinę, przez którą
wypływa nagromadzony żal.
Chciałbym, żebyśmy byli tutaj sami, bez niego. Tylko ty i ja.
...
...tylko ty i ja...
...
...ty i ja...
Słowa Severusa odbijały się echem w jego głowie i Harry zastanawiał się, dlaczego
nie potrafił zrobić tego, o co poprosił go mężczyzna? Dlaczego nie mógł zapomnieć o
tym żalu? Dlaczego nie posłuchał Snape'a i pozwolił, aby gorycz całkowicie przejęła
nad nim kontrolę, kierując każdym jego słowem, każdym gestem, wypływając z ust i
kąsając dogłębnie?
Przecież obiecał... Wiedział, jaki on jest... Obiecał mu...
...bez względu na to, co zrobisz i co się stanie... ja zawsze będę po twojej stronie.
Przy tobie.
Och, rzeczywiście dotrzymał obietnicy. Rzeczywiście wykazał się zrozumieniem i
akceptacją na najwyższym poziomie. Wystarczyło jedno słowo, aby zamienił się w
plującą jadem kobrę, bo Snape tak "strasznie go skrzywdził".
Zachowanie mężczyzny nie było w porządku, ale on sam zachował się jak głupi,
samolubny szczeniak, który obraża się o coś, na co powinien się już dawno
uodpornić. W końcu postanowił, że z nim będzie, wiedział, jak to może wyglądać,
podjął świadomą decyzje, obiecał i...
...i, do diabła, Severus go przecież pocałował! To znaczy, może nie tak, jak Harry
sobie wymarzył, ale jednak te cienkie wargi z własnej, nieprzymuszonej woli dotknęły
jego twarzy. Wędrowały po niej, składając delikatne pocałunki na skórze, czuł ich
ciepło, ich miękkość i w tamtym momencie był tak zszokowany, iż miał wrażenie, że
zaraz osunie się po ścianie.
Czy nie było to potwierdzeniem, że Severusowi jednak na nim zależy? A on okazał
się takim skończonym tchórzem, kiedy mężczyzna puścił go i bez słowa odwrócił się,
aby odejść. Stał tylko pod ścianą jak ostatni kretyn, wpatrując się w spływającą z
oddalających się coraz bardziej ramion czarną pelerynę i nie powiedział ani słowa.
Nie zatrzymał go! Do cholery, Merlin świadkiem, że gdyby przypomniał sobie wtedy,
jak używa się strun głosowych, to krzyczałby na całe gardło, żeby zawrócił i nie
zostawiał go tak bez słowa, z całkowitym chaosem w głowie.
Czy Severus nadal się na niego gniewał, czy uznał, że wszystko już sobie wyjaśnili?