Gryfonka wyglądała tak, jakby naprawdę rozważała taką opcję.
- A co się w takim razie stało z Crabbem i Goyle'em? - zapytał nagle Harry. - I co
robił w szkole Lucjusz Malfoy?
Ron zamyślił się.
- Może... nie wiem. Może wściekł się na Dumbledore'a, że wyrzucił Malfoya ze szkoły
i przez to dopadł go Sami-Wiecie-Kto?
- Ron, to, co mówisz, ma nawet sens - powiedziała powoli Hermiona. - A co do
Crabbe'a i Goyle'a, to wiemy tylko tyle, że zostali usunięci ze szkoły. Jak myślicie,
czy spotkał ich taki sam los, jak Draco?
- Według mnie to dobrze, że zniknęli, i mam gdzieś, co się z nimi stało. Cokolwiek ty
o tym sądzisz, Hermiono - powiedział po kilku chwilach Ron, spoglądając na
Harry'ego, jakby szukał u niego potwierdzenia.
- Jasne - burknął chłopak. Dziewczyna rzuciła im zdegustowane spojrzenie.
- Jesteście siebie warci - oświadczyła. - Idę spać. - Po tych słowach wstała i dumnym
krokiem wmaszerowała po schodach, kierując się do dormitorium dziewcząt.
- Czasami zastanawiam się, co takiego mi się w niej podoba - mruknął Ron,
spoglądając na Harry'ego, który w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami.
Na tym zakończyła się ich wczorajsza rozmowa. Jedyne, co mieli, to domysły i
spekulacje.
- Poczta! - Hermiona uśmiechnęła się, kiedy do jej wyciągniętej ręki wpadł
egzemplarz "Proroka Codziennego". Harry złapał swój i szybko odłożył na bok, nawet nie spoglądając na stronę tytułową. W zasadzie to sam nie wiedział, dlaczego wciąż
go prenumeruje. To prawda, że wolałby wiedzieć, co się dzieje, ale ostatnio ta
wiedza tylko go dołowała i sprawiała, że czuł się naprawdę... źle.
- Och - westchnęła Hermiona, rozkładając gazetę i spoglądając na stronę tytułową.
- Co się stało tym razem? - zapytał Ron, zanurzając zęby w kanapce z jajkiem i
pachnącą, wędzoną szynką.
- Kolejny atak - szepnęła Hermiona, wczytując się w artykuł.
- Znowu? Słyszałem, że dwa dni temu był paskudny atak na Hampstone. Podobno
zginęło kilku mugoli.
- Dwunastu - szepnął Harry, wpatrując się w swój talerz.
- Co?
- Dwunastu mugoli. Tylu zginęło - dodał, nie podnosząc wzroku. - Czytałem o tym.
- Serio? - Ron zrobił wielkie oczy. - Co za śmiercio...!
- Ron, czy mógłbyś się przymknąć? Próbuję czytać.
Gryfon ściszył głos do szeptu i pochylił się do Harry'ego.
- Naprawdę te pieprzone śmierciojady zabiły dwanaście osób? To wprost
nieprawdopodobne! I nikogo nie złapali? Nie wyśledzili ich?
Harry pokręcił głową. Nie czytał tamtego artykułu, ale podejrzewał, że jeżeli Aurorom
udałoby się schwytać chociaż jednego Śmierciożercę, ten "sukces" zostałby
ogłoszony wszem i wobec i pojawił się na pierwszej stronie, okazując się informacją
ważniejszą nawet od tej o samym ataku.
- Dlaczego? Skoro Snape jest szpiegiem, to dlaczego Aurorzy nic nie wiedzą o
planach Sami-Wiecie-Kogo? Przecież, logicznie rzecz biorąc, ten stary nietoperz
powinien przekazywać Dumbledore'owi takie informacje, a nie pozwalać, żeby ginęli
niewinni ludzie. Coś mi tu śmierdzi. I to bardzo mocno.
- Ron - przerwała mu Hermiona, spoglądając na nich znad gazety. - Gdyby Aurorzy
pojawili się nagle w miejscu planowanego ataku, to profesor Snape zostałby
natychmiast zdemaskowany. Zresztą spójrz na to. - Odwróciła do nich gazetę i
pokazała im pierwszą stronę.
NIEUDANY ATAK NA GŁÓWNĄ SIEDZIBĘ
MIĘDZYNARODOWEJ FEDERACJI QUIDDITCHA!
TRZECH ŚMIERCIOŻERCÓW ZGINĘŁO NA MIEJSCU!
- No w końcu! - rozpromienił się Ron. - Nareszcie dali im popalić! Ukatrupili aż
trzech? No nieźle! Słyszałeś, Harry?
Chłopak pokiwał głową, czując nagłe, dziwne ukłucie na myśl o Severusie.
- Pewnie temu, kto ich dopadł, wręczą jakiś medal - zażartował Ron. - Napisali, kto
ich zabił?
- Tak. - Hermiona z powrotem odwróciła do siebie proroka. - Jakiś mało znany Auror,
który po wszystkim dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Nie mogą go nigdzie
znaleźć i to jest najdziwniejsze.
- Może wystraszył się rozgłosu i uciekł?
- Wątpię. Raczej restrykcji. Mieli ich schwytać żywcem. To znaczy, tych dwóch.
Trzeci został znaleziony w bocznym zaułku kilkanaście metrów od budynku.
Harry zmarszczył brwi.
- To dziwne.
- Podejrzewają, że ktoś musiał wykonać na nim wyrok. Znają już jego tożsamość. Był
to daleki krewny Bellatrix Lestrange, właściciel kilku nocnych klubów dla
czarodziejów, znajdujących się na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu, niejaki Deamus
Blackwood - przeczytała Hermiona.
- Blackwood? Pierwsze słyszę - powiedział Ron, spoglądając na Harry'ego.
- Ja też.
Hermiona westchnęła i powróciła do dalszego przeglądania gazety.
- Przynajmniej o trzech mniej. Wszystko jedno, jak zginęli. Prawda, Harry?
- Co? A tak, racja - odparł chłopak.
- Chociaż szkoda, że nie udało im się złapać ich żywcem. Może powiedzieliby coś
ciekawego. - Ron ugryzł swój tost i powrócił do śniadania.
Harry jednak nie był już głodny. Zerknął ukradkowo na siedzącego przy stole
nauczycielskim Severusa. Wciąż krążyło mu po głowie pytanie, czy mężczyzna
również brał udział w tej akcji. A jeżeli tak, to dziękował wszystkim dobrym duchom
za to, że nie został złapany albo, co gorsza, zabity przez któregoś z Aurorów.
Tylko to go obchodziło. Tylko on.