Co jak co, ale jednak trochę już Snape'a znał i wiedział, że w pewnych kwestiach...

nie należy mu ufać.

* "What I go to school for" by Busted

--- rozdział 45 ---

45. The Guardian

Let me be your shelter

Let me be your light

I'm here, nothing can harm you

My words will warm and calm you

I'm here with you, beside you,

to guard you and to guide you...*

Odzwyczajonym od nauki uczniom pierwsze dwa dni szkoły niesamowicie się dłużyły.

Nawet zajęcia praktyczne wymagały od nich większego skupienia niż zazwyczaj.

Teorię na ogół i tak przesypiali, o ile tylko była taka możliwość, to znaczy, o ile nie

były to zajęcia ze Snape'em albo McGonagall.

Irytek znowu miał cały zastęp uczniów do dręczenia, a Filch nareszcie mógł ukarać

kilka co bardziej pechowych osób za takie zbrodnie jak "zabłacanie korytarzy" albo

"zbyt głośny śmiech" i dać tym upust swojej chronicznej frustracji. Prawie Bezgłowy Nick przechwalał się wszystkim uczniom, których napotkał, że skoro Klub

Bezgłowych nie chciał przyjąć go w swoje szeregi, to on podczas ferii założył własny

Klub Prawie Bezgłowych i zapraszał do niego wszystkich chętnych, którzy zamierzali

w najbliższym czasie, czyli w przeciągu nadchodzących stu lat, nie do końca pozbyć

się własnej głowy, a nawet oferował fachową pomoc i porady w stylu "jak odciąć

głowę, aby nie przeholować" albo "jak nie stracić głowy w zaledwie pięć cięć". Jak na razie do klubu zapisał się tylko Neville Longbottom, który uważał, że przy swoim

pechu powinien być przygotowany na taką okoliczność.

Jedyną osobą, która w pocie czoła pracowała na zajęciach, była oczywiście

Hermiona i już w ciągu dwóch pierwszych dni zarobiła dla Gryffindoru prawie

trzydzieści punktów. Niestety, cała reszta Gryfonów straciła dokładnie tyle samo,

przez co ostatecznie bilans i tak wyszedł na zero.

Gdy połowa szkoły, a w szczególności młodsze roczniki, wyległy w poniedziałkowy

wieczór na oświetlony pochodniami, iskrzący od zalegającego wszędzie białego

puchu dziedziniec szkolny i rozpoczęła się inaugurująca nowy semestr bitwa na

śnieżki, Harry udał się na szlaban do lochów. Bitwy na śnieżki były jednymi z rzeczy,

które w Hogwarcie uwielbiał najbardziej, ale jednak nie aż tak bardzo jak smak i

zapach penisa Snape'a. Mistrz Eliksirów spełnił swoją obietnicę i kiedy Harry

zaledwie wszedł do salonu, został przywitany słowami Na kolana, a cała reszta

wieczoru rozmazała mu się przed oczami od szybkości, z jaką Severus wbijał się w

jego usta i od spermy, która kilkakrotnie w ciągu całego szlabanu osiadała mu na

okularach. Na szczęście Snape nie odebrał mu za to punktów...

Kiedy już powrócił do wieży Gryffindoru i został powitany współczującymi

spojrzeniami swoich przyjaciół, mówiącymi: "my się tak świetnie bawiliśmy, a ty nie, och, jakże nam przykro, Harry...", z trudem powstrzymywał się od śmiechu i

powiedzenia im, że było wręcz odwrotnie. Żadna, nawet największa i najwspanialsza

bitwa na śnieżki nie mogła się równać z tym, czego właśnie skosztował.

Tego wieczoru jeszcze przez jakiś czas nie mógł zasnąć, rozpamiętując dokładnie

każdy szczegół swojego szlabanu i po jakimś czasie wyciągnął spod poduszki Mapę

Huncwotów, aby sprawdzić, co też Severus może teraz robić. Nie zobaczył go ani w

gabinecie, ani w salonie, ani w sypialni. Nie było go również w łazience. Podejrzewał,

że pewnie znowu siedzi w swoim laboratorium i warzy jakieś skomplikowane

mikstury. Już miał zamknąć mapę, kiedy spostrzegł poruszenie w samym rogu

arkusza. Wystarczył jeden rzut okiem, aby serce w nim zamarło.

Przez korytarz prowadzący z lochów do wyjścia z zamku szli Severus i... Nott.

Znowu!

Harry poczuł, jak niepokój i żółty, jadowity potwór zazdrości ponownie się w nim

odzywają.

Spokojnie, tylko spokojnie. Severus powiedział mu, że udziela Nottowi korepetycji.

Ale, do diabła, w środku nocy i to poza zamkiem? Ponieważ obaj wyraźnie zmierzali

w stronę skraju mapy, ku tej części błoni Hogwartu, do której mapa już nie sięgała.

A może... może obaj udają się na jakieś spotkanie Śmierciożerców? W sumie nie

zdziwiłby się, gdyby ojciec Notta wciągnął swojego syna do służby Voldemortowi.

Nie! Ufa Snape'owi! Na pewno to tylko to. Albo [i]aż[/i] to. Na pewno wszystko jest w

porządku. Musi być! A jeżeli okaże się, że nie jest, to... to on już coś z tym zrobi! Tak, właśnie tak!

I Nott pożałuje, że się urodził!

***

Środa minęła nieco szybciej. Tonks zaprezentowała im kilka zaklęć niwelujących złe

uroki, a na Zielarstwie przycinali pędy Tentakuli, co okazało się nie lada wyzwaniem i

na obiad poszli zmęczeni, spoceni i pokąsani. Zaklęcia również okazały się

wyczerpujące, ponieważ profesor Flitwick kazał im rzucać Zaklęcie Lodowatego

Ognia i skończyło się na tym, że Neville podpalił sobie szatę, Seamus brwi, a

Lavender Brown o mało nie spaliła włosów Hermionie.

Po wszystkich lekcjach byli tak padnięci, że ledwie doczłapali do swojej wieży. Harry

marzył tylko o tym, żeby rzucić się na łóżko, ale czekał go dzisiaj jeszcze szlaban ze

Snape'em. Nie chodziło o to, że nie chciał iść, ponieważ niczego innego tak nie

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги