- Chwila, muszę do kibla. Zaczekajcie na mnie - wydyszał Ron, kiedy przystanął na
chwilę, podpierając się na swojej miotle, po czym skierował się do znajdującej się na
prawo od Wielkiej Sali ubikacji.
Ginny zatrzymała się obok Harry'ego, ocierając łzy z kącików oczu.
- Fajnie było. Szkoda, że częściej nie wychodzimy razem.
Harry wyprostował się, łapiąc w końcu oddech.
- Ta. Następnym razem...
- Co tu się dzieje? - rozległ się głęboki, niski głos, dobiegający, jakby się wydawało,
znikąd. Harry poczuł dreszcz na plecach. Odwrócił się gwałtownie w stronę schodów
prowadzących do lochów i zobaczył wyłaniającego się z nich Snape'a. Kątem oka
zobaczył, że uśmiech Ginny natychmiast spełzł z jej twarzy. Jego już dawno zakopał
się pod posadzką.
Mężczyzna podszedł do nich pewnym siebie krokiem, szeleszcząc peleryną. Harry
widział w jego oczach jedynie chłód, przy którym panujący na dworze mróz wydawał
się dziecięcą igraszką.
- Pan Potter i panna Weasley - wymruczał Snape, zatrzymując się przed nimi i
spoglądając na nich z góry zmrużonymi oczami. - Widzę, że tak doskonale się
bawicie, że kompletnie was nie obchodzi, ile hałasu przy okazji robicie. Wasz dom
traci dziesięć punktów.
- Ale przecież nie ma jeszcze ciszy noc...- zaprotestowała Ginny.
- Milcz. - Głos Snape'a wydawał się być wykuty z lodu i Harry wyczuwał w nim
dziwne wibracje, które sprawiały, że coś wewnątrz niego drżało ze strachu. Upewnił
się, że stoi wystarczająco daleko od Ginny, ale na wszelki wypadek odsunął się
jeszcze odrobinę.
- Byliśmy polatać. To już nie można? - zapytała hardo Ginny. Harry poprosił w duchu
wszystkie bóstwa o to, żeby się zamknęła. Severus nie wyglądał w tej chwili na
skorego do wyrozumiałości.
- I kolejne dziesięć punktów za ten impertynencki ton - warknął, spoglądając na
dziewczynę tak, jakby nagle zamieniła się w bardzo irytującego robaka. - Nie
obchodzi mnie, co robicie razem w czasie wolnym, ale w tym zamku panują pewne
zasady. Jedną z nich jest zakaz hałasowania na korytarzach. Drugą - wskazał na
mokre, błotniste ślady, pokrywające całą posadzkę - zakaz niszczenia oraz
brudzenia własności szkoły. I za to kolejne dziesięć punktów. Proszę to natychmiast
posprzątać, albo powiadomię pana Filcha.
Harry chciał wyciągnąć różdżkę, ale Ginny go uprzedziła. Widział, że jej ręka drżała
nieznacznie, kiedy usuwała ślady zaklęciem czyszczącym. Widocznie z trudem
panowała nad wściekłością.
- A trzecią - kontynuował Snape mściwym tonem - jest zakaz używania zaklęć na
korytarzach. I za to kolejne dziesięć punktów, panno Weasley. Jeszcze jedno
przewinienie i otrzyma pani szlaban, czy to jasne?
Ginny poczerwieniała i skinęła głową, chociaż jej oczy niemal ciskały błyskawice.
Wydawała się rozczarowana tym, że żadna z nich nie ugodziła jeszcze wbijającego w
nią mordercze spojrzenie nauczyciela i nie spopieliła go na miejscu.
Harry przełknął ślinę, wbijając wzrok w podłogę i starając się nie trząść ze złości.
Nie no, to już była przesada! Przecież, do diabła, nic nie robili!
W tej samej chwili usłyszeli trzask otwieranych drzwi i z ubikacji wybiegł Ron.
Zatrzymał się jednak gwałtownie, widząc Snape'a.
- Ee... coś się stało? - zapytał niepewnie, zerkając na nauczyciela, czerwoną z
gniewu siostrę i wpatrującego się w podłogę Harry'ego.
- Nic - warknęła Ginny, odwracając się i zarzucając sobie miotłę na ramię. -
Chodźmy.
Harry odważył się podnieść głowę i niemal natychmiast tego pożałował, widząc
wzrok Severusa. Był dziwny. Tak, był lodowaty i wściekły, ale coś w nim drżało i
Harry zupełnie nie potrafił tego rozpoznać.
Może, gdyby przyjrzał się uważniej, zrozumiałby, co to takiego, zareagowałby inaczej
i później... nie doszłoby do tego.
***
Kiedy wrócili do Pokoju Wspólnego, Hermiony nigdzie nie było widać. Ginny
przeklinała Snape'a przez całą drogę, Ron jej wtórował, dowiedziawszy się, co się
stało, a Harry nie odzywał się. Odzyskał humor dopiero wtedy, kiedy usiedli we trójkę
przy kominku, ogrzewając się i zabierając do gry w eksplodującego durnia. Był piątek
i na szczęście mieli cały weekend na odrobienie lekcji.
Harry nie miał pojęcia do której grali, śmiali się i rozmawiali. Było niemal tak jak
dawniej, kiedy spędzali w ten sposób wieczory w Norze podczas wakacji. W końcu
Pokój Wspólny opustoszał, Ginny poszła spać, a Ron wyciągnął szachy czarodziejów
i namówił Harry'ego na kilka partii. W końcu, kiedy Harry'emu po raz pierwszy udało
się wygrać z Ronem, przyjaciel stwierdził, że jest zbyt późno i kompletnie już nie
myśli. Wstał, zabrał szachy i poszedł na górę. Harry przeciągnął się i ziewnął. Przed
kominkiem było tak ciepło i przyjemnie, że kompletnie nie miał ochoty wstawać i się
gdzieś przenosić. Leżał tylko i wpatrywał się w strzelające cicho płomienie,
przypominając sobie wszystkie radosne chwile z dzisiejszego dnia. W końcu jednak,
kiedy oczy zaczęły mu nieznośnie ciążyć, stwierdził, że przecież nie może tutaj spać i
z trudem podniósł się do pozycji siedzącej. Wtedy też usłyszał dźwięk odsuwającego
się portretu i stłumione dywanem kroki. Odwrócił się i zobaczył wchodzącą do Pokoju