ustąpiła i pod powieki wdarło mu się światło. Zamrugał kilka razy, widząc pochyloną

nad sobą, rozmazaną sylwetkę Severusa.

- Och, łaskawie się ocknąłeś?

Wtedy zrozumiał. Musiał stracić przytomność. Leżał na plecach na biurku i czuł coś

gorącego wypływającego mu spomiędzy pośladków oraz piekący ból oplatający

szyję. Podniósł rękę i dotknął zaciśniętego wokół gardła krawatu, którego koniec

wciąż znajdował się w dłoni mężczyzny. Naprawdę wyglądał jak smycz. Smycz, do

której był uwiązany.

Świadomość tego sprawiła, że wszystko mu się przewróciło w żołądku. W jego

podbrzuszu ponownie wezbrała lawa.

I nienawidził się za to.

Wpatrywał się w smukłą dłoń zaciśniętą na krwistoczerwonym symbolu jego

zniewolenia i zastanawiał się, dlaczego czuje się taki... wolny.

Severus poruszył się i odsunął, wypuszczając krawat z ręki. Podszedł do czegoś

leżącego na podłodze i podniósł to. Harry przekrzywił głowę i zmrużył oczy. To były

jego okulary!

Mężczyzna wrócił do niego, wyjął różdżkę i stuknął nią w potrzaskane szkła,

mrucząc:

- Reparo.

Harry uniósł się na łokciach i pozwolił, by Severus założył mu okulary na nos.

Dopiero teraz, kiedy się poruszył, poczuł, że bolą go chyba wszystkie mięśnie. Świat

nabrał kształtów. Zobaczył przyglądającego mu się z dziwnym, wyzywającym

blaskiem w oczach mężczyznę.

- Na czym to skończyliśmy? - zapytał cicho i ponownie złapał za krawat, zanurzając

swoje spojrzenie w szeroko otwartych oczach Harry'ego. Ale tym razem nie zacisnął

mu go na szyi, tylko poluzował i zdjął. Harry nie opierał się. Nie miał kompletnie siły.

Severus podniósł materiał i, nie przerywając kontaktu wzrokowego, przysunął

różdżkę do tkaniny i wyszeptał:

- Incendio.

Krawat zajął się ogniem. Płomienie odbijały się w aksamitnie czarnych oczach

mężczyzny i Harry nie mógł pozbyć się wrażenia, że widzi w nich coś na kształt

mrocznej satysfakcji. Spojrzał w dół na spalający się, syczący materiał, który Severus

położył na blacie biurka i poczuł w sercu dziwne ukłucie.

Jakby wraz z nim, spalała się również jego... wolność.

Kiedy z krawatu nie pozostało nic, poza zwęglonym, czarnym frędzlem, Harry

ponownie spojrzał na Severusa.

Mężczyzna wykrzywił wargi w coś na kształt uśmiechu i powiedział uprzejmym

głosem:

- Jeżeli już skończyliśmy, to może napijemy się herbaty?

Harry odpowiedział mu uśmiechem.

Nie. Oni obaj byli niezrównoważeni.

--- rozdział 47 ---

47. Two days before everything changed

It's funny how we feel so much

But we cannot say a word

We are screaming inside

But we can't be heard*

- Cholera! Niech ją szlag! Może się wypchać! Samolubna egoistka! Już jej nigdy nie

obronię! Dosyć tego! - Ron wpadł do dormitorium tak nagle, że leżący na łóżku Harry

niemal z niego spadł. Błyskawicznie schował do kieszeni kulkę, którą otrzymał w

prezencie gwiazdkowym od Snape'a, a w którą wpatrywał się przez ostatnie

piętnaście minut, na przemian przywołując twarze swojej mamy, taty oraz Syriusza. -

Stała się po prostu nieznośna! Gorsza od mojej matki! Gdybym wiedział, że... co to

było? - Ron przestał wyrzucać z siebie potok pełnych goryczy przekleństw i spojrzał z

zaskoczeniem na Harry'ego, który starał się sprawiać wrażenie niezwykle

zainteresowanego fałdą na przykryciu.

- Co? Ach, to nic takiego... Ty tylko... taka piłeczka. Ćwiczyłem... łapanie znicza. -

Ron zmarszczył brwi. - Co się stało? Wyglądasz na nieźle wkurzonego - zapytał

szybko Harry, próbując zmienić temat.

Przyjaciel westchnął ciężko i opadł na łóżko.

- Hermiona - mruknął pod nosem. - Czy dla ciebie też jest taka... nie wiem, jak to

nazwać... okropna?

Harry zmarszczył brwi.

- Chodzi o to, że ona... kurcze, nie wiem - prychnął z rozdrażnieniem. - Zachowuje

się po prostu tragicznie. Ciągle za mną łazi i mówi mi, co mam robić. Nie mogę się

nawet odlać po swojemu. I nagle stała się nie wiadomo jak wymagająca. O wszystko

ma do mnie pretensje. Że nie robię tego, że nie robię tamtego. Po prostu dłużej tego

nie wytrzymam. - Ron przetarł twarz dłonią i spojrzał na Harry'ego z miną

męczennika. - Dlaczego mnie nie powstrzymałeś, póki była jeszcze szansa?

Gryfon wzruszył ramionami.

- Nie kazałem ci się z nią umawiać - odparł. Wcale nie miał ochoty wysłuchiwać

żalów Rona. Za pół godziny miał iść do Snape'a.

- A może to nie ma sensu? - zapytał przyjaciel, odwracając twarz do okna. Było

późne popołudnie i świecące nisko na niebie słońce rzucało długie cienie na iskrzące

się bielą błonia. Harry widział na obliczu Rona wyraźne przygnębienie i zrobiło mu

się go żal. Dobrze wiedział, co musi teraz przeżywać. Sam czuł się podobnie już

wiele razy w ciągu tego roku. - Wiesz co? Nie mam ochoty tu siedzieć. W ogóle nie

mam ochoty na nią patrzeć. - Rudzielec odwrócił głowę w stronę Harry'ego,

spoglądając na niego błagalnym wzrokiem. - Chodźmy na boisko poćwiczyć

Quidditcha. Muszę się trochę rozerwać.

Harry poczuł ukłucie w żołądku.

- Ee... wiesz, jest już dosyć późno... - mruknął. - A poza tym jest zimno.

- Jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało - wymamrotał Ron z pretensją w głosie. -

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги