- Historia Magii? Nie mów mi, że Binns znowu zadał nam jakiś esej.
Hermiona spojrzała na niego i przywołała na twarz lekki uśmiech, zabarwiony jednak
zaniepokojeniem.
- Nie, chciałam porobić notatki na jutrzejsze zajęcia. I... chciałam trochę z tobą
posiedzieć. Jeżeli nie masz nic przeciwko.
Dlaczego miałby mieć?
- Jasne, że nie. To... miłe z twojej strony - wydukał.
Hermiona westchnęła i usiadła obok, spoglądając na leżące przed nim książki.
Potem spojrzała na niego.
Harry zagryzł wargę i odwrócił wzrok.
- Pomóc ci? - zapytała cicho. Skinął głową. Był jej wdzięczny, że nie zadawała pytań.
Że nie chciała wiedzieć, po co przegląda te książki i czego w nich szuka. Zresztą i tak
pewnie się domyślała.
Po prostu... była. Tak jak w ciągu tych wszystkich, wspólnych lat, kiedy zawsze
bezinteresownie mu pomagała. A on bez przerwy ją okłamywał.
- Przepraszam - wyszeptał, kiedy Hermiona sięgnęła po ciężki tom i przysunęła do
siebie. Nie podniosła głowy, ale zauważył, że na chwilę zacisnęła powieki.
- To ja przepraszam - powiedziała po dłuższej chwili i przewróciła grubą,
szeleszczącą stronicę.
I to było wszystko. Ale nic więcej nie było potrzebne.
*
Po kolacji wrócił do biblioteki, wypożyczył kilka tomów, których nie zdążył jeszcze
przejrzeć, i obładowany nimi, ruszył na siódme piętro w kierunku gobelinu
przedstawiającego Barnabasza Bzika próbującego nauczyć trolle baletu. Zatrzymał
się przy przeciwległej ścianie, przeszedł trzy razy w tę i z powrotem, usilnie myśląc o
najlepszym miejscu odosobnienia, w którym mógłby się ukryć na resztę wieczoru, i
po chwili w ścianie pojawiły się drzwi.
Otworzył je, wszedł do Pokoju Życzeń i... zatrzymał się gwałtownie, kiedy zobaczył
tak dobrze znajomą mu komnatę. Fala gorąca zalała całe jego ciało, a serce zabiło
mu mocniej.
Dobry wieczór, Severusie.
Siadaj, Potter.
Echo tych słów odbiło się w jego głowie i poczuł bolesny ucisk w piersi. Spojrzał
szeroko otwartymi oczami w stronę barku.
Ale nie było tam nikogo.
Zamknął oczy i westchnął głęboko.
"Proszę, niech ta komnata zniknie, proszę, proszę" - powtarzał jak mantrę, bojąc się otworzyć oczy. Jednak po kilku minutach uchylił powieki i znów ujrzał ten sam
znajomy barek, biblioteczkę, kominek, stolik, zielony fotel...
Przesunął głowę nieco w bok i przełknął ślinę. Nie było drugiego fotela.
Odetchnął ciężko i powoli ruszył w głąb pokoju. Położył książki na stoliku i usiadł w
zielonym fotelu, spoglądając na trzaskające w kominku polana. Dopiero po chwili był
w stanie sięgnąć po książkę. Kiedy ją otwierał, zauważył, jak bardzo drżą mu palce.
Zacisnął dłonie w pięści, kilka razy rozprostował palce, ale niewiele to dało. To
pomieszczenie... czuł, jak wspomnienia atakują go ze wszystkich stron, a on nie był
w stanie z nimi walczyć.
Każdy fragment tego pokoju, każdy, dosłownie każdy znajdujący się w nim przedmiot
nosił na sobie piętno życia, które już nie istniało. Które już nie należało do niego.
Półki z książkami, które lądowały na podłodze przy każdej większej sprzeczce. Drzwi,
w które tak wiele razy był wciskany. Ściany, które nasiąkły jego jękami i krzykiem.
Ten zielony fotel na którym on i Sn... I barek, przy którym...
Barek!
Harry odłożył książkę, podszedł do szafki i otworzył ją, zaglądając ostrożnie do
środka.
Stały tam. W równym rzędzie. Butelki najlepszych trunków. Puste.
Przeklął i zamknął barek. A miał tak wielką ochotę się czegoś napić. Może wtedy
udałoby mu się zapomnieć. Chociaż na chwilę. Na jedną, małą chwilę. Czy tak wiele
wymagał?
Westchnął i powrócił do fotela. Zapadł się w niego i zapatrzył w płomienie.
Koniec tego! Miał postanowienie! Snape już dla niego nie istniał! Teraz miał inny cel.
I to na nim powinien się skupić. Pieprzyć to, gdzie się znajduje! Pieprzyć to, co się tu wydarzyło! Pieprzyć to, ile tu przeżył!
Szarpnął się i sięgnął po książkę. Podciągnął nogi, opierając stopy na skraju fotela i
położył sobie książkę na zgiętych kolanach. Wbił wzrok w tekst i zaczął czytać,
marszcząc brwi w skupieniu i ani razu nie pozwalając na to, aby jego oczy oderwały
się od czarnych liter i powędrowały w którąkolwiek stronę. Ani razu.
***
W czwartkowy poranek Harry'ego obudził wicher, uderzający w okna dormitorium.
Otworzył zaspane oczy, czując że dzieje się z nim coś dziwnego. Przez całe jego
ciało przepływały fale gorąca. Wszystkie mięśnie były napięte. Chyba coś mu się
śniło. Coś przyjemnego. Coś... ekscytującego. Próbował zmusić zaspany umysł do
pracy i przypomnieć sobie, co to było, ale nie potrafił. Pamiętał jedynie jakiś szept.
Uniósł powieki i spojrzał w dół. Pod przykryciem, w okolicach jego bioder znajdowało
się całkiem spore wybrzuszenie. Odchylił kołdrę i zajrzał pod nią.
A niech to!
Miał erekcję. Twardą, bolesną erekcję, z którą musiał coś zrobić. Wiedział, że sama z
siebie nie opadnie. Czuł bardzo wyraźne napięcie, które potrzebowało ujścia. Zagryzł
wargę i włożył rękę w spodnie od piżamy, owijając dłoń wokół naprężonego penisa.
Nie myślał zupełnie o niczym, kiedy obciągał sobie, wpatrując się w sklepienie łóżka.