Trochę bolało, kiedy sucha dłoń przesuwała się po wrażliwej skórze, ale musiał to
zrobić. Musiał sobie ulżyć.
Jeszcze trochę. Już prawie...
Jego dłoń przyspieszyła. Zacisnął zęby, skupiając się na poruszaniu dłonią.
O tak, właśnie tak!
Napiął się, kiedy jego jądra zadrżały i z penisa wystrzeliła odrobina lepkiej cieczy,
osiadając mu na palcach.
I to było wszystko. Pojedyncza fala gorąca, po której nastąpiła fala chłodu, chwila
drażniącego łaskotania w podbrzuszu i pulsująca w dłoni erekcja. To wszystko.
Żadnej przyjemności.
Pustka.
Westchnął i wyciągnął rękę ze spodni.
To nie był dobry początek dnia.
*
Harry położył książki na stoliku w kącie biblioteki i usiadł przy nim. Tym razem
postanowił poszukać czegoś o maskowaniu i ukrywaniu się.
Zaczął przeglądać najgrubszą książkę. Przekartkował pierwszy rozdział, ale nie
znalazł nic interesującego. Nie potrzebował żadnych zaklęć maskujących, w końcu
miał pelerynę niewidkę. Dotarł do drugiego. Eliksiry niewidzialności. Jego dłoń
zawisła nad książką.
Zacisnął powieki i przetarł oczy, próbując pozbyć się niechcianych obrazów. Nie
pomogło.
Otworzył oczy i spojrzał w okno, podpierając głowę ręką.
Nie chciał tego. Czy nie mógł nawet pouczyć się w spokoju? Czy na każdym kroku
musiały prześladować go wspomnienia? Czy wszystko musiało mu ciągle
przypominać o...?
Dostał wtedy "Wybitny". Pamiętał swoje zszokowanie. Po raz pierwszy dostał na
Eliksirach "Wybitny". A jeszcze wyraźniej pamiętał to, co wydarzyło się później...
Podpalona tablica, "erekcja" zamiast "reakcja" i składniki pod ławkami... No i "kara"
po lekcji.
Przełknął ślinę. To wcale nie były miłe wspomnienia. Bolały. Przyjemne wspomnienia
nie powinny boleć. Nie powinny sprawiać, że gardło ściskało się, a do ust napływała
gorycz.
Za oknem sypał śnieg. Drobne płatki powoli spływały z nieba, lądując miękko na
parapecie. Było w tym widoku coś uspokajającego. Coś, co odciągało myśli
Harry'ego od tych ciemnych rejonów, w które zdecydowanie nie powinien się
zapuszczać. Obserwował je. Obserwował, jak płatek za płatkiem opada na stos
śniegu, powiększając go. Były miękkie, kruche i bardzo małe. Ale było ich tak wiele,
że już prawie nie utrzymywały się na parapecie. Kto by pomyślał, że takie drobiny
potrafią stworzyć coś takiego? Będą sypać i sypać niezauważenie, aż w końcu
parapet się przepełni i wszystko... runie. Prosto na sam dół.
Tak jak on.
Otrząsnął się, czując jakieś znajome mrowienie. Czuł je już od jakiegoś czasu, ale był
zbyt pochłonięty myślami i wpatrywaniem się w okno, aby to zauważyć.
Ale tym razem mrowienie nie wędrowało mu po karku, tylko po ramieniu i policzku.
Opuścił rękę, na której opierał brodę, i nie musiał nawet przesuwać głowy, aby go
dostrzec.
Snape. Stał pomiędzy półkami, zaledwie parę metrów na lewo od niego, częściowo
ukryty za książkami. Wysoki i mroczny. Przy nim nawet otaczający go cień wydawał
się wyblakły.
Musiał przyglądać mu się już od jakiegoś czasu.
Dlaczego mu to robił? Dlaczego nie zostawi go w spokoju? O co mu chodzi? W co on
pogrywa?
Wiedział, że Snape nie szuka kontaktu z nim. Tu musi chodzić o coś innego...
Jak ma o nim zapomnieć, skoro bez przerwy czuje na sobie jego wzrok? Jak ma
zapomnieć, skoro Snape stał się niemal jego cieniem?
Zagryzł wargę i wbił wzrok w otwartą książkę.
Nie, nie da mu się pokonać! Nie da się zastraszyć! Nie ucieknie i nie ukryje się,
chociaż to byłoby najprostsze rozwiązanie. Pokaże Snape'owi, że może sobie
chodzić za nim, ile chce, może mu się przyglądać, jak długo chce, ale Harry nie da
się złamać. Nie tym razem!
Wziął głęboki oddech, błyskawicznie przekartkował rozdział o eliksirach
niewidzialności i dotarł do zaklęć zmieniających wygląd. Pochylił się nad książką i
zaczął czytać.
Snape'a tu nie ma, powtarzał sobie w myślach co jakiś czas. Snape'a tu nie ma.
Ale był. Przez cały czas. Ukryty za półkami. Nie poruszył się. Tylko mu się
przyglądał.
Harry zacisnął powieki.
Chyba lepiej będzie pouczyć się w Pokoju Życzeń. Tu jest zbyt... głośno. Tak, zbyt
głośno. Nie może się skupić. I za jasno.
Podniósł się, zgarnął książki i, ani razu nie spoglądając na ukrytą w cieniu postać,
ruszył prosto do stanowiska pani Pince. Wypożyczył książki i wyszedł z biblioteki,
odprowadzany spojrzeniem śledzących go, czarnych oczu.
Kiedy znalazł się na korytarzu, pozwolił sobie na głębokie westchnienie.
Od razu lepiej. Jakoś tak więcej powietrza...
Wziął jeszcze jeden wdech i ruszył prosto na siódme piętro.
***
Na piątkowym obiedzie nie było Snape'a. Hermiony również, ponieważ oświadczyła
wcześniej, że nie przyjdzie, bo musi napisać wyjątkowo trudne wypracowanie na
Numerologię. Harry siedział pochylony nad talerzem i próbował przełknąć chociaż
mały kawałek pieczonego kurczaka. Nie udawało mu się to. Był zbyt przerażony tym,
co czekało go po obiedzie...
- Harry, to dla ciebie.
Chłopak odwrócił się od stołu, przy którym wraz z Ronem jadł obiad, i spojrzał z
zaskoczeniem na stojącą za nim Lunę. Dziewczyna wyciągała w jego stronę mały,
turkusowy kamyk.
Harry zawahał się, ale przyjął podarek. Obrócił kamyk w palcach, ale nie wyglądał
jakoś nadzwyczajnie.