Podejrzewał, że była jedyną osoba w całej szkole, która nie próbowałaby go odwieść
od pomysłu nauki tego zaklęcia, a także nie wygłosiłaby mu żadnego kazania, gdyby
zwierzył jej się ze swoich planów dotyczących Czarnej Magii.
Zawsze warto spróbować. To była chyba jego jedyna deska ratunku.
- W porządku - odparł po pewnym czasie, oblizując wargi i pochylając się do niej. -
Słuchaj...
Opowiedział jej. O wizycie w Dziale Ksiąg Zakazanych i o zaklęciu, którego bardzo
chciał się nauczyć, ale nie miał szans dokonać tego w pojedynkę. Słuchała go ze
zmarszczonymi brwiami. Kiedy skończył, zapadła cisza. Luna wyglądała tak, jakby
analizowała w myślach jego słowa. Po chwili rozpromieniła się i klasnęła w dłonie.
- Jasne! To świetny pomysł! Na pewno lepszy niż z tym rozpuszczaniem skóry.
Podejrzewam, że to nie byłoby zbyt przyjemne.
Harry był zaskoczony jej reakcją. Nie sądził, że będzie aż tak... entuzjastyczna.
- Ee... ale zdajesz sobie sprawę z ryzyka? Wiesz, że to jest bardzo niebezpieczne
zaklęcie i że jeżeli coś źle pójdzie, oczywiście teoretycznie, bo w książce było
napisane, że jeżeli źle się je rzuci, to po prostu w ogóle nie uda się dostać do
umysłu, ale jeżeli coś... przypuśćmy, że mi nie wyjdzie i stanie się z tobą coś nie tak?
Błękitne oczy Luny rozszerzyły się. Spojrzała na Harry'ego z przerażeniem.
- To znaczy... to znaczy, że stałabym się taka jak inni?
Harry zamrugał. Chyba nie do końca o to mu chodziło... Chociaż podejrzewał, że
gdyby namieszać trochę w głowie Luny, to z pewnością kilka rzeczy powskakiwałoby
na swoje miejsca.
- Nie, masz rację. Zapomnij - powiedział szybko, odsuwając się od niej. Nie mógł
tego zrobić. Według podręcznika nieumiejętnie rzucone zaklęcie nie było wcale takie
groźne, ponieważ i tak nie udałoby mu się dostać do niczyjego umysłu, ale jaką mógł
mieć pewność, że tak jest w istocie?
- Nie, zróbmy to - powiedziała z ożywieniem Luna. - Odrobina rozrywki nie zaszkodzi,
prawda? Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Harry spojrzał na nią z niedowierzaniem.
Odrobina rozrywki? Jeżeli rzucanie w szkole czarnomagicznych zaklęć było dla niej
odrobiną rozrywki, to wolał nie wiedzieć, jak dla niej wygląda prawdziwa rozrywka.
Podejrzewał, że tylko Tonks to wie. I wolał, żeby tak zostało.
Spojrzał w jej jasne, wpatrzone w niego oczy. Dostrzegł w nich pewnego rodzaju
ciepło, zarezerwowane tylko dla tych nielicznych, których Luna zaliczała do swojego
bardzo wąskiego grona przyjaciół. I nagle poczuł w piersi przyjemne łaskotanie, kiedy
po raz pierwszy pomyślał, jakie ma niezwykłe szczęście, że on również się do nich
zalicza.
***
- Cholera! Niech to szlag! Aargh!
Harry cisnął różdżkę na podłogę. Próbował już od dwóch godzin. I nic. Nawet
maleńkiej smużki. Najmniejszego rozbłysku. Nic.
Koncentrował się tak bardzo, iż miał wrażenie, że połamie sobie zęby, próbował
oczyścić swój umysł ze wszystkich myśli, zarówno tych negatywnych jak i
pozytywnych, skupić się tylko i wyłącznie na umyśle, do którego chciał się dostać, a
który znajdował się w odległości dwóch metrów od niego. I jedyne, co czuł, to coraz
większą irytację i złość.
- Wiesz, Harry... - odezwała się Luna. - Wydaje mi się, że przeklinanie i ciskanie
różdżką nie jest odpowiednim sposobem na rzucenie tego zaklęcia.
Harry złapał się za włosy i szarpnął za nie. Przykucnął, ukrył głowę pomiędzy
kolanami i zaczął głęboko oddychać. Musi się uspokoić i wyciszyć. Musi oczyścić
umysł. Musi... odzyskać różdżkę.
Westchnął z rozdrażnieniem, przesunął się na kolanach po podłodze, sięgnął po
swoją porzuconą różdżkę i wrócił do poprzedniej pozycji, bardzo mocno ściskając
głowę rękami.
Tylko spokojnie. Jest sam. Nic mu nie grozi. Jest tylko on i ciemność. Musi pozwolić,
by go otuliła. By go zamknęła, odseparowując od wszelkich myśli. Niczego nie ma.
Jest tylko on. I niewielka dróżka, kierunek, w którym powinien podążyć. Spokojnie,
spokojnie. Zapomnieć. Wyprzeć. Tylko ciemność. I droga.
Powoli podniósł się i wyprostował. Mocniej zacisnął palce wokół różdżki, unosząc ją
w górę. Nadal nie otwierał oczu.
Bardzo chce, tak bardzo tego chce. Musi się dowiedzieć, co ukrywa znajdujący się
przed nim umysł. Musi go otworzyć. Wśliznąć się do środka. Jak cieniutka igła. Tak.
Wyobrazi sobie, że jest igłą. Igłą, która powoli wsuwa się w miękki umysł i wyciąga z
niego to, co tylko zechce, jak strzykawka. I przez ten maleńki otworek zobaczy
wszystko, co będzie chciał.
Musi to zrobić. Musi. Musi, bo jeżeli mu się nie uda, to... świat czeka zagłada. O
właśnie. Wszyscy zginą. A to jedyny sposób na uratowanie tych, na których mu
zależy. Dlatego musi to zrobić! Chce to zrobić! CHCE!!!
- Legilimes Evocis! - krzyknął, otwierając oczy i zanurzając spojrzenie w błękitnych
oczach Luny.
Nic się nie wydarzyło.
- To bez sensu! Nigdy mi się nie uda! - jęknął, pochylając się i opierając dłonie o
kolana.
- Wiesz, może podchodzisz do tego od niewłaściwego końca? - zapytała Luna,
odchodząc na bok i siadając na stojącej z boku ławce. Znajdowali się w jednej z
nieużywanych klas na szóstym piętrze. Odsunęli wszystkie stoliki i krzesła pod