przybierając jeszcze ciemniejszą barwę, chociaż gdzieś pod jej powierzchnią wciąż

wirowały fluorescencyjne wstęgi.

Powróciła cisza. Cisza, której nie zakłócał nawet oddech wpatrującego się w ścianę

mężczyzny. Jego brwi były ściągnięte, a usta zaciśnięte. Wyglądał, jakby pogrążył się

w rozmyślaniach. W bardzo głębokich i sięgających niezwykle daleko rozmyślaniach,

ponieważ stał tak, zupełnie bez ruchu, przez czterdzieści minut. Na jego twarzy nie

drżał żaden mięsień. Czarne tęczówki wpatrywały się w coś, czego nie było, oglądały

coś, co istniało jedynie w umyśle.

W końcu poruszył się, jakby wyrwany z głębokiego snu i ponownie spojrzał na eliksir.

Jego oczy były zmrużone, wydawać by się mogło, że wpatruje się w miksturę z

pewną dozą zawziętości. Powoli sięgnął do swych szat i wydobył z nich czarną,

lakierowaną buteleczkę. Podniósł z blatu niewielką chochlę i zanurzył ją w cieczy,

którą następnie przelał do butelki i dokładnie zakorkował. Przez jakiś czas trzymał

eliksir w dłoni, przyglądając mu się z nieczytelnym wyrazem twarzy. Po chwili jednak

mocniej zacisnął palce wokół gładkiego szkła i błyskawicznym ruchem ukrył butelkę

w fałdach swej szaty, a następnie odwrócił się, podszedł do jednej ze ścian, która

odsunęła się na bok pod wpływem jego dotknięcia, i wyszedł. Ściana powoli

zasunęła się za nim i w niewielkim pomieszczeniu ponownie zapadła cisza.

Tym razem była to jednak cisza z rodzaju tych, które następują po wielkich

wydarzeniach. Taka, która brzęczała w uszach. Taka, po której nie ma już nic.

***

Był wieczór. Severus Snape bezszelestnie przemierzał szeroki, pusty korytarz.

Znajdował się na siódmym piętrze. Szedł tutaj aż od biblioteki. Najpierw jednak

spędził przed jej drzwiami całe pół godziny, ukrywając się w cieniu za rogiem. I

czekając.

Jego ciemne oczy wpatrywały się w przybliżający się coraz bardziej zakręt. Gdzieś

przed nim rozbrzmiewały kroki. Szedł za nimi. A teraz usłyszał, że się zatrzymały.

Dotarł do zakrętu, przywarł do ściany i ostrożnie wyjrzał zza rogu.

Stał tam. W tych samych co zawsze, podartych dżinsach, błękitnej koszulce i

rozpiętej, granatowej bluzie. Z okularami na nosie i roztrzepaną strzechą

kruczoczarnych włosów na głowie. Pod pachą ściskał kilka książek. Przeszedł trzy

razy w tę i z powrotem wzdłuż ściany. Miał zaciśnięte powieki i spuszczoną głowę i

Severus bardzo dokładnie widział jego twarz. Była skupiona. Zawsze, kiedy próbował

się skupić, robiły mu się zmarszczki w kącikach oczu i zaciskał zęby tak mocno, że

widać było drganie szczęki. I oblizywał wargi.

Severus zmarszczył brwi. Sięgnął do ukrytej w szatach fiolki i owinął wokół niej dłoń.

Przymknął powieki i odetchnął. Kiedy otworzył oczy, nie było w nich już śladu po

wcześniejszym, stłamszonym blasku.

Chłopak zatrzymał się i przed nim w ścianie pojawiły się drzwi.

Severus spiął się, jakby szykował się do biegu albo przynajmniej do szybkiego

ruszenia z miejsca.

Drzwi otworzyły się. Chłopak zrobił krok w stronę wejścia, ale nagle zatrzymał się. I

odwrócił głowę.

Severus błyskawicznie cofnął się i przywarł do ściany. Stał tak przez jakiś czas, w

napięciu wpatrując się w róg korytarza, ale nikt się zza niego nie wyłonił. Ostrożnie

wysunął głowę i zerknął. Akurat na czas, aby zobaczyć, jak chłopak znika w

drzwiach. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszył. Pokonał dzielącą go od

pomieszczenia przestrzeń w zaledwie kilku długich, bezszelestnych krokach i dotarł

do nich akurat w chwili, kiedy ciężkie, drewniane drzwi właśnie się zamykały.

Wyciągnął rękę, aby je powstrzymać, ale wtedy jego wzrok powędrował w głąb

pokoju i zobaczył... kominek, znajome półki, zielony fotel.

Zatrzymał się tak gwałtownie, jakby wpadł na jakąś niewidzialną barierę. Zachwiał się

i cofnął o krok, opuszczając rękę. Wpatrywał się w pomieszczenie, dopóki drzwi nie

zatrzasnęły się z cichym kliknięciem. Na ściągniętej twarzy widniało dziwne

poruszenie, w rozszerzonych oczach tliło się coś nieokreślonego. Wyglądał, jakby nie

był w stanie wykonać żadnego gestu. Jakby to, co ujrzał, całkowicie wytrąciło go z

równowagi.

Po chwili wyraz jego twarzy zmienił się. Oczy zmrużyły się, a brwi ściągnęły w

zamyśleniu. Rozejrzał się. Korytarz był opustoszały. Drzwi zniknęły. Został sam.

Odwrócił się i ruszył w drogę powrotną.

***

- Cześć, Harry!

Harry poderwał głowę znad wyjątkowo ciekawego rozdziału dotyczącego

rozbudowanych zaklęć tarczy. Przed nim stała Luna. Trzymała w rękach kilka

książek i uśmiechała się.

- Cześć - odparł, przyglądając się okładkom. Wszystkie dotyczyły obrony magicznej.

- Co słychać? - zapytała dziewczyna, kładąc książki na blacie i przysiadając się. -

Nimfadora poprosiła mnie o wypożyczenie kilku pozycji - powiedziała cicho,

pochylając się do Harry'ego. Chłopak nadal wpatrywał się w książki. W jego umyśle

zaczął się formować pewien pomysł.

Od kilku dni zastanawiał się, w jaki sposób mógłby przejść od teorii do praktycznej

nauki zaklęć. A w szczególności nurtowała go sprawa z Legilimens Evocis. Jak, do

diabła, miałby się go sam nauczyć?

I teraz rozwiązanie siedziało przed nim. Luna.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги