ściany, aby mieć miejsce na ćwiczenia. I wspólnymi siłami rzucili na drzwi zaklęcia
blokujące oraz wyciszające. - Może powinieneś najpierw spróbować ze zwykłą
legilimencją? Jest bezpieczniejsza. I chyba prostsza. I poznasz przynajmniej ogólny
mechanizm działania.
Harry podniósł głowę i spojrzał na przyjaciółkę.
- Tak myślisz?
- Albo mogę zapytać o to Nimfadorę. Może robisz coś źle. Czasami pomaga mi z
zaklęciami. Mogę udać, że po prostu mnie to ciekawi - uśmiechnęła się szeroko. -
Chyba, że sam wolałbyś ją o to zapytać?
Harry wyprostował się i zmarszczył brwi.
No racja. Przecież Tonks była aurorem. Na pewno znała całą masę zaklęć. I z
pewnością zgodziłaby się go podszkolić, przynajmniej z przeciwuroków i zaklęć
obronnych. A przy okazji mógłby podpytać o to i owo.
- Jutro mam z nią Obronę. Zapytam ją po zajęciach. Może zgodzi się na udzielenie
mi kilku dodatkowych lekcji z przeciwzaklęć. Zawsze się przydadzą.
Uśmiech Luny stał się jeszcze szerszy.
- Och, jestem pewna, że się zgodzi.
- Ale myślisz, że to w porządku? - zapytał po chwili, wpatrując się w podłogę i
stukając w nią czubkiem buta. - To znaczy... nie chciałbym zabierać wam... nie
chciałbym wam przeszkadzać. - Nie wiedział dlaczego, ale poczuł dziwny uścisk w
piersi, kiedy pomyślał o tym, że Luna nadal ma Tonks, a on...
- Och, nie ma problemu. Cieszę się, że możemy ci pomóc. Moja mama zawsze
mówiła, że osobiste to nie to samo co ważne. W zasadzie nigdy do końca tego nie
rozumiałam. Ale teraz chyba już wiem, o co jej chodziło... - Posłała Harry'emu długie
spojrzenie, uśmiechając się delikatnie.
Harry nie odwzajemnił uśmiechu.
***
Tonks zgodziła się. I to z wielką chęcią. Zapaliła się do tego pomysłu tak bardzo, że
zanim Harry jeszcze skończył mówić, zaplanowała już połowę zajęć. Na razie nie
wspominał o Legilimens Evocis. Stwierdził, że poczeka. Wolał, żeby wyglądało to na
niewinne pytanie, rzucone od niechcenia w samym środku ćwiczeń. Umówił się z nią
na jutro, po zajęciach, ponieważ dzisiaj musiał jeszcze "odrobić szlaban". Najpierw udał się do biblioteki po kilka książek, które miał zamiar poczytać, a teraz szedł
korytarzem na siódmym piętrze, zmierzając wprost ku pustej ścianie znajdującej się
naprzeciw malowidła z tańczącymi trollami.
Przeszedł trzy razy w tę i z powrotem wzdłuż ściany. I w momencie, w którym miał
zamiar przejść przez solidne, drewniane drzwi, które zmaterializowały się przed nim,
kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił głowę w lewo, spoglądając na pogrążony w
półmroku zakręt korytarza. Zmrużył oczy.
Niczego tam nie było. Pewnie któryś z portretów się poruszył albo jakiś duch
przeniknął przez ścianę.
Wzruszył ramionami i wszedł do komnaty. Drzwi zaczęły powoli się za nim zamykać,
skrzypiąc cicho. Nawet się nie rozglądał. Komnata nie robiła już na nim takiego
wrażenia, jak na początku. Przyzwyczaił się do niej. Była po prostu... miejscem.
Miejscem, w którym mógł być zupełnie sam. Miejscem, w którym czuł się
bezpiecznie.
Ruszył w stronę zielonego fotela, pochylił się i położył książki na stoliku. Za sobą
usłyszał ciche kliknięcie zamka.
W zasadzie to wziął te książki na wszelki wypadek. Najpierw chciał czegoś
spróbować. Wyciągnął z kieszeni maleńki kawałeczek pergaminu i rozwinął go. Na
kartce widniało jedno słowo: "Aduro".
Prawdziwe czarnomagiczne zaklęcie. Zapisał je podczas ostatniej wędrówki do
Działu Ksiąg Zakazanych. Chciał spróbować. Chciał sprawdzić, czy uda mu się je
rzucić. Czy w ogóle jest w stanie rzucić jakiekolwiek czarnomagiczne zaklęcie. To,
które miał w rękach, powodowało przypalenie i roztopienie się skóry. A i tak było
jednym z najłagodniejszych.
Miał za to ogromny problem z wybraniem celu. Wiedział, że Nott uczył się tych zaklęć
na ptakach i zwierzętach. Ale on... on nie zamierzał. Potrzebował czegoś
mniejszego. Czegoś znacznie mniejszego. Czegoś, co nie posiada twarzy, dzioba,
pyska, czy czego tam jeszcze. Czegoś, co z pewnością nie potrafi patrzeć. Może
mysz? Nie, nie, nie. Coś jeszcze mniejszego. Motyl? Nie, mogą mu nieprzyjemnie
drżeć skrzydła. Coś jeszcze mniejszego. Pierwotniak! Ale czy pierwotniaka w ogóle
da się zobaczyć gołym okiem? A zresztą skąd miałby go wziąć? W końcu, po długim
namyśle zdecydował się na zemszczenie się w imieniu Rona na wszystkich pająkach
świata i złapał sobie małego pajączka, który właśnie spoczywał spetryfikowany w
jego kieszeni. Wyłowił fiolkę, wytrząsnął pająka na stolik i wyciągnął różdżkę.
Skierował ją na pająka, kilka razy przeczytał w myślach zaklęcie (przy okazji uderzyło
go to, że większość czarnomagicznych zaklęć była bardzo krótka i łatwa do
wymówienia, np. Crucio, Imperio, Aduro... Pewnie po to, by jak najszybciej zadać
ofierze ból.)
Odetchnął głęboko i skoncentrował się. Czytał, że musi wydobyć z siebie gniew,
nienawiść, chęć mordu, chęć skrzywdzenia tego, na kogo pragnie rzucić zaklęcie.
Ale przecież ten biedny pająk nic mu nie zrobił. Stwierdził więc, że musi podejść do
tego nieco inaczej.