Gwałtownie podniósł głowę, spoglądając na drzwi szeroko otwartymi oczami. To była
chwila. Zerwał się, odtrącając szklankę i butelkę, które przewróciły się na stół,
rozlewając swoją zawartość i rzucił się do drzwi. Wpadł do gabinetu, przemierzył go
w kilku krokach i z rozmachem otworzył drzwi na korytarz.
Wyraz jego twarzy zmienił się. Przeszył ją cień, a usta wykrzywił nieprzyjemny
grymas.
- Czego chcesz? - warknął w stronę stojącej na korytarzu Ślizgonki.
- Uch... Chciałam tylko zapytać, czy mógłby pan na chwilę przyjść? Chłopcy z
czwartego roku pobili się w dormitorium i pomyślałam...
- Nie mam czasu! Zejdź mi z oczu! - wysyczał, po czym z całej siły trzasnął drzwiami.
Odwrócił się i lekko się chwiejąc, wrócił do salonu. Z jego twarzy ciężko byłoby
cokolwiek wyczytać, ale wyraz jego oczu był teraz nieco inny. Coś w nich płonęło. I
nie było to odbicie płomieni z kominka.
Podszedł do barku i wyjął z niego kolejne dwie butelki. Opadł na fotel, otworzył
whisky, postawił szklankę na mokrym blacie i nalał do niej bursztynowego płynu.
Dopiero kiedy wypił całą jej zawartość, płomienie w jego oczach na chwilę przygasły.
Coś, co w nich szalało, uspokoiło się.
Wypił kolejną szklankę. I następną. Otworzył kolejną butelkę. W końcu wybiła
dziesiąta.
Spojrzał na zegar, ale wydawało się, że go nie widzi. Przekrzywił lekko głowę, jakby
próbował dostrzec wskazówki. Ponownie skierował spojrzenie na trzymaną w rękach
szklankę. Zamieszał resztkę bursztynowego płynu i wypił go jednym łykiem.
Spróbował odstawić szklankę na stół, ale nie trafił i naczynie spadło na podłogę,
roztrzaskując się na kawałki. Nie zwrócił na to uwagi. Chwiejnie podniósł się z fotela i ruszył w stronę gabinetu. Po kilku krokach wpadł na półkę z książkami. Kilka
woluminów wylądowało na podłodze. Odepchnął się od regału i, zataczając się,
ruszył dalej. Z ogromnymi trudnościami dotarł w końcu do drzwi. Otworzył je i wszedł
do gabinetu. Omiótł pomieszczenie rozbieganym, mętnym spojrzeniem, po czym
ruszył przed siebie, z największym wysiłkiem utrzymując się na nogach. Wyglądał
trochę jak zawieszona na sznurkach kukiełka, którą jedynie kilka cienkich nici dzieli
od spotkania z podłogą.
Wpadł na biurko, zrzucając z niego kilka fiolek i kałamarz. Odepchnął się od niego i
przypadł do zastawionych słoikami, ciągnących się wzdłuż ścian półek. Wbił szklące
się oczy w stojącą na jednej z półek fiolkę i sięgnął po nią, strącając kilka słoików i
butelek, które pospadały na ziemię, roztrzaskując się i rozlewając, tudzież rozsypując
swoją zawartość. Severus przybliżył fiolkę do oczu i wpatrzył się w widniejącą na niej
etykietę: Eliksir Bezsennego Snu. Odkorkował ją i wziął kilka solidnych łyków. A
następnie, ściskając fiolkę w dłoni, odwrócił się, ale ponownie się zachwiał i
machnięciem ręki posłał na podłogę kilka kolejnych słoików. Uważając, aby nie
pośliznąć się na szkle oraz wielobarwnej mazi pokrywającej podłogę, ruszył w drogę
powrotną, starając się przytrzymywać półek. Zataczając się, przemierzył salon, ale
tym razem udało mu się na nic nie wpaść i skierował się do sypialni.
Drzwi zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem, a w powietrzu pozostał jedynie
mocny, gryzący zapach alkoholu oraz słaby aromat ziół.
--- rozdział 53 ---
53. You bring my heart to its knees
I'm still trying to figure out
how to tell you I was wrong
I can't fill the emptiness inside
since you've been gone
I know I said things that I didn't mean
But you should've known me by now
If you believed
When I said
I'd be better off without you
Then you never really knew me at al
You're al that I need
Just tell me that you still believe*
Walentynki.
Harry nigdy nie przepadał za tym świętem, ale w tym roku fruwające serduszka i
wszechobecne, wyśpiewujące miłosne piosenki ozdoby wyjątkowo go denerwowały.
Tak samo jak spotykane na każdym kroku migdalące się pary. Lekcje jeszcze zdołał
jakoś przeżyć, pomimo iż nawet nauczyciele zachowywali się dzisiaj tak, jakby wypili
sporą dawkę eliksiru Felix Felicis. Dostał kilka walentynek, ale wyrzucił je do kosza,
nawet ich nie otwierając. Podczas obiadu był chyba jedyną osobą w Wielkiej Sali,
która się nie uśmiechała i nie rozglądała w poszukiwaniu swoich tajemniczych
wielbicieli. I wcale nie dziwiło go to, że Snape'a nie było ani na śniadaniu, ani na
obiedzie. On też najchętniej zaszyłby się na cały dzień w swoim dormitorium, byle
tylko nie być zmuszonym do oglądania tych roześmianych twarzy, zakochanych
spojrzeń i słodkiego do bólu zębów wystroju zamku.
I tak też zrobił. Od razu po lekcjach pobiegł do dormitorium, wskoczył na łóżko,
przykrył się kołdrą i zaszył w ciemności i ciszy.
Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Pamiętał, jak go planował. Pamiętał, jak
wyobrażał sobie minę Severusa, kiedy da mu prezent, który przygotował dla niego
już dwa tygodnie temu, jeszcze zanim to wszystko...
Zacisnął oczy.
Prezent.
Odrzucił kołdrę, wstał i podszedł do kufra. Otworzył go i przez chwilę przekopywał.
Znalazł! Sięgnął w głąb kufra i wyciągnął małe, czerwone pudełeczko. Zatrzasnął