- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem - wycedził po chwili Snape. W jego głosie było
coś takiego, że Harry'emu zjeżyły się włoski na karku. - Wiedziałeś, że Potter uczy
się po nocach Czarnej Magi , I MU NA TO POZWOLIŁEŚ?! - Krzyk był tak głośny, że
Harry musiał oderwać ucho od drzwi.
- Uspokój się, Severusie...
- Jak mogłeś mu na to pozwolić? Powinieneś mu zabronić! Czy wszyscy w tej szkole
postradali rozum? Czarna Magia to nie jest... Wiesz, jak ona działa! Wiesz, jakich
zniszczeń potrafi dokonać w umyśle!
- Severusie, jeżeli pozwolisz mi...
- Nie! Potter nie będzie uczył się Czarnej Magii! Nie pozwolę na to!
- Posłuchaj mnie! - Dyrektor podniósł głos i było w nim coś takiego, że Harry
mimowolnie się skulił. - Nie mogłem mu tego zabronić, ponieważ gdyby naprawdę
chciał, to i tak znalazłby jakiś sposób, aby się jej uczyć. A poza tym uważam, że
powinien móc sam dokonać wyboru.
- Wyboru? Jakiego wyboru, do cholery? Potter nie jest teraz w stanie... - Snape urwał
nagle. Przez chwilę panowała cisza, którą przerwał głos Dumbledore'a.
- Każdy człowiek sam odpowiada za swoje czyny, Severusie. Groźbami niczego nie
zdziałamy. Harry musi przekonać się, że Czarna Magia w niczym mu nie pomoże.
Nawet jeżeli to oznacza, że może bardzo boleśnie się nią sparzyć. Jeżeli on sam
tego nie zrozumie, to będziemy skończeni.
- Jak pan uważa, dyrektorze - odparł Snape. Wyglądało na to, że już się opanował.
- Myślę jednak, że mała pomoc zawsze mu się przyda. Harry najbardziej potrzebuje
teraz kogoś, z kim swobodnie mógłby o tym porozmawiać. Żadnych zakazów,
osądzania. Po prostu kogoś, kto pomógłby mu zrozumieć pewne sprawy...
Harry jeszcze mocniej przycisnął ucho do drzwi, ale miał wrażenie, że słyszy jedynie
głośne bicie własnego serca. Po chwili Snape odpowiedział. Ale jego głos całkowicie
się zmienił. Jeszcze chwilę temu poruszony, teraz stał się całkowicie oschły i
oficjalny.
- Pan wybaczy, dyrektorze, ale w obecnej chwili nie mam czasu zajmować się
potrzebami Pottera. Mam zbyt dużo spraw na głowie, aby jeszcze bawić się w
psychologa i terapeutę tego zapatrzonego w siebie gówniarza, który najwyraźniej
uważa, że pozjadał wszystkie rozumy. Jeżeli pan nie zamierza czegoś z tym z robić,
to tym bardziej ja nie zamierzam.
Harry poczuł się tak, jakby po jego plecach spłynął strumień lodowatej wody, a serce
przygniótł mu niewysłowiony ciężar.
Nie chciał już więcej tego słuchać. Nie chciał!
Oderwał się od drzwi, wpatrując się w ciemne drewno wzrokiem pełnym gorzkiego
rozczarowania.
Tak... to był właśnie prawdziwy Snape. Ten Snape, którego tak nienawidził! Ten
Snape, dla którego był... nikim.
Odwrócił się i biegiem ruszył do schodów, którymi zjechał na dół, a następnie
skierował się prosto na siódme piętro.
Szlaban ze Snape'em za piętnaście minut! Jasne! Na pewno na niego pójdzie!
Wolałby już spędzić te trzy godziny w jednym pokoju ze stadem Krakwatów!
Czuł buzującą w sobie, przesyconą goryczą złość i nie miał pojęcia, w jaki sposób
mógłby ją wyładować.
Oto cały Snape! Może sobie grać w te swoje gierki, udawać, że mu zależy, próbować
go podejść, a tak naprawdę jest takim samym sukinsynem, jakim zawsze był! Że też
Harry prawie dał mu się nabrać... Powinien był wiedzieć, że to wszystko jest tylko
wielkim przedstawieniem. Bo przecież to oczywiste, że Snape prędzej wypije eliksir
Neville'a, niż będzie "bawił się w psychologa i terapeutę dla tego zapatrzonego w
siebie Pottera, który pozjadał wszystkie rozumy i którego potrzebami nie ma zamiaru
się zajmować"! Cały on! Dwulicowy, podstępny wąż!
Przeszedł trzy razy wzdłuż ściany i wpadł do Pokoju Życzeń, po czym rzucił się na
zielony fotel i zapatrzył w płomienie.
Teraz będzie musiał siedzieć tu przez najbliższe trzy godziny i to wszystko,
absolutnie wszystko była wina Snape'a!
Harry spojrzał na zegar.
*
Snape oderwał spojrzenie od zegara, przeniósł je na drzwi, a następnie na w połowie
opróżnioną butelkę, która stała przed nim na stoliku.
Była za piętnaście ósma.
Sięgnął po butelkę, napełnił szklankę i wypił duszkiem całą jej zwartość. Na jego
twarzy pojawiło się ledwie zauważalne skrzywienie, kiedy palący napój popłynął
przez jego przełyk. Przymknął powieki i odstawił szklankę na blat.
W ciągu kolejnych trzydziestu minut opróżnił butelkę do końca i otworzył drugą. Co
jakiś czas spoglądał na zegarek i po każdym takim zerknięciu wypijał duszkiem całą
szklankę. Jego oczy stały się szkliste. Siedział w fotelu z rozstawionymi szeroko
nogami, a czarne szaty spływały miękko na podłogę. W źrenicach odbijało się
padające z kominka światło. Nie patrzył na nic konkretnego. Po prostu wpatrywał się
w przestrzeń przed sobą. Trudno powiedzieć, czy rozmyślał, wspominał, czy też
starał się nie robić ani tego, ani tego.
Ponownie zerknął za zegarek. Za piętnaście dziewiąta.
Pochylił się do przodu, spróbował sięgnąć po butelkę, co udało mu się dopiero za
drugim razem i nalał sobie do pełna. Część trunku wylądowała na blacie. Sięgnął po
szklankę w tym samym momencie, w którym do jego uszu dobiegło odległe pukanie.