- Czasami w ogóle nie potrafię cię zrozumieć. Jesteś tak cholernie... trudny w obyciu.

- Pokręcił głową i ponownie podniósł filiżankę do ust, a wtedy znowu usłyszał ten

kpiący, obliczony jedynie na zadanie ciosu głos:

- Nie tylko był żałosnym prostakiem - kontynuował Snape, zupełnie ignorując słowa

Harry'ego - ale również najgorszą kanalią, jaką kiedykolwiek spotkałem na swojej

drodze. Razem z Blackiem zaśmiewali się ze swych marnych dowcipów i w tych

swoich mikroskopijnych móżdżkach uroili sobie, że są ponad resztą, że nie dotyczą

ich żadne zakazy ani reguły, że na zawsze pozostaną lepsi od innych... a teraz obaj

nie żyją. Jakież to przykre... - Lekceważące prychnięcie, które towarzyszyło ostatnim

słowom, sprawiło, że w Harrym coś pękło. Z całej siły odstawił filiżankę, rozlewając

jej zawartość na blat i zerwał się na równe nogi.

- Dosyć! Odwołaj to! Natychmiast to odwołaj! Nic nie wiesz o moim ojcu! To ty jesteś

żałosnym prostakiem, a nie on! - krzyczał, kipiąc z gniewu i zaciskając dłonie w

pięści. Okrążył stolik i stanął nad mężczyzną, który jednak na niego nie patrzył.

Wpatrywał się w rozlaną na stoliku herbatę, a w jego oczach płonęło coś bardzo

niebezpiecznego. - Mówisz te wszystkie rzeczy teraz, kiedy już go nie ma i nie może

się obronić. Dlaczego wtedy mu się nie postawiłeś? Dlaczego nie wyzwałeś go na

pojedynek, skoro tak go nienawidziłeś?

Snape oderwał wzrok od rozlanej herbaty i podniósł się z fotela, spoglądając na

Harry'ego z góry. Wyglądał na absolutnie rozjuszonego, jakby coś go nagle jeszcze

bardziej rozwścieczyło.

- Ponieważ był tchórzem - wysyczał Harry'emu prosto w twarz. - Nigdy nie przyjąłby

mojego wyzwania na pojedynek sam na sam. Zawsze zasłaniał się swoimi durnymi

przyjaciółmi, grał odważnego tylko w otoczeniu swojego fanklubu. Bez nich był jak

kaleka, który nie trafiłby w cel, nawet gdyby dać mu mapę. Bez nich był nikim!

- Mówisz tak, bo mu zazdrościłeś!

TRZASK!

Głowa Harry'ego odskoczyła do tyłu, okulary zsunęły mu się na czubek nosa, a on

sam cofnął się o kilka kroków, odrzucony siłą uderzenia. Policzek piekł go żywym

ogniem. Odruchowo przycisnął dłoń do rozpalonej skóry.

O boże. Severus go uderzył. Severus go uderzył. Jeszcze nigdy... nigdy nie posunął

się do...

Harry znał to uczucie. Uczucie, kiedy w gardle pojawia się ta nieprzyjemna gula.

Kwaśna i gorzka zarazem, niepozwalająca na przełknięcie śliny. Kiedy oczy

zaczynają szczypać i nic nie można na to poradzić, ponieważ jedyne, co czujesz, to

przenikający wszystko ból.

Powoli odwrócił głowę i spojrzał na Snape'a z niedowierzaniem. Mężczyzna z

oszołomieniem wpatrywał się w swą uniesioną dłoń, jakby nie potrafił uwierzyć, że

należy do niego. Ostrożnie zgiął palce i przeniósł spojrzenie na trzymającego się za

wściekle zaczerwieniony policzek Harry'ego. Potem ponownie na swą dłoń i

ponownie na Harry'ego.

Harry nie mógł już tego znieść. Czuł napływające do oczu łzy. Łzy zdrady i

rozczarowania. Jeszcze wczoraj Severus go przepraszał, mówił te wszystkie rzeczy,

okazywał mu czułość i zachowywał się tak, jak Harry zawsze marzył... a dzisiaj

znowu go zaatakował, zupełnie bez powodu, pokazujący tym samym, że wcale się

nie zmienił. Że to wszytko, co wczoraj powiedział, było... tylko kłamstwem!

Opuścił rękę i rozmytym od łez wzrokiem zauważył, jak oczy Snape'a rozszerzają

się, kiedy mężczyzna ujrzał pełnię rozległej czerwieni pokrywającej policzek

Harry'ego. Przełykając pierwsze, spływające po twarzy łzy, odwrócił się. Stał bez

ruchu, próbując zebrać w sobie dostatecznie dużo siły, aby ruszyć z miejsca i dojść

do drzwi. Nie wiedział, jak ma to zrobić, ponieważ jego nogi trzęsły się tak bardzo, że

z trudem się na nich utrzymywał. Poprawił zsunięte okulary, mając nadzieję, że może

dzięki temu zdoła cokolwiek dostrzec.

Wtedy właśnie usłyszał za sobą wypowiedziane roztrzęsionym głosem słowa:

- Spójrz na mnie.

W tonie Severusa było coś, czego Harry nie słyszał jeszcze nigdy w całym swoim

życiu. Jakby z mężczyzną działo się coś bardzo niedobrego. Ale teraz go to nie

interesowało. Ruszył prosto w stronę drzwi.

- Słyszysz?

Harry nie słyszał. Nie chciał słyszeć. Chciał tylko stąd wyjść. Teraz miał już całkowitą jasność co do tego, dokąd to wszystko zmierzało... Jak mógł być taki głupi, żeby mu

ponownie zaufać?

Nie był w stanie powstrzymać spływających po twarzy łez. Policzek piekł i pulsował.

Był żywym ukoronowaniem jego porażki.

Dotarł do wyjścia. Wyciągnął rękę i złapał za klamkę, ale drzwi okazały się

zamknięte. Zacisnął na chwilę powieki i oparł się czołem o chłodną powierzchnię.

Słyszał bicie własnego serca. Czy mu się tylko wydawało, czy jego serce naprawdę

pracowało tak wolno? Jakby się poddawało. Próbował powstrzymać napierający na

ściśnięte gardło szloch, walczyć z nim.

Severus go uderzył.

Wtedy poczuł łagodny, ostrożny dotyk na ramieniu. Wzdrygnął się. Chciał strząsnąć

tę rękę, ale tego nie zrobił.

- Chcę, żebyś na mnie spojrzał. - Głos Severusa był jeszcze bardziej roztrzęsiony,

jeszcze bardziej przepełniony tym dziwnym uczuciem, którego Harry nie

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги